Wjeżdżamy do Turcji. A potem do… Azji.

Tydzień wakacyjnej podróży z nami. Ósmego dnia wreszcie wjeżdżamy do kraju, w którym spędzić mamy najbliższe prawie 3 tygodnie – do Turcji. A wjazd do Turcji oznacza dla nas kolejny wjazd – do Azji. Oba są wjazdami pierwszymi – wjazdami w nieznane.

0

Tydzień wakacyjnej podróży z nami. Ósmego dnia wreszcie wjeżdżamy do kraju, w którym spędzić mamy najbliższe prawie 3 tygodnie – do Turcji. A wjazd do Turcji oznacza dla nas kolejny wjazd – do Azji. Oba są wjazdami pierwszymi – wjazdami w nieznane.

Tour de Europe 2013, dzień 8 (poprzedni wpis z trasy: Saloniki, powiew wielkiej historii). Po zwiedzaniu Joaniny oraz Salonik kończymy swój zaledwie 24-godzinny „romans” z Grecją. Odpuszczamy wszelkie pomysły zwiedzania jeszcze czegokolwiek w Grecji po drodze, wyjeżdżamy ponownie na autostradę Egnatia Odos i mkniemy prosto ku granicy tureckiej. Z Salonik wyjeżdżamy przed godziną 13:00, drogi do tureckiego Canakkale, w którym mamy kolejny nocleg jest sporo (500 km), a po drodze jeszcze dwie wielkie niewiadome: granica, a potem prom w Eceabat, który ma nas przenieść do azjatyckiej części Turcji.

Niewiadomych zresztą, związanych z wjazdem do Turcji mamy trochę więcej. Byliśmy „testerami” dwóch nowych systemów elektronicznych, wprowadzonych dopiero co w Turcji – wiz elektronicznych (nie zapominamy, że do Turcji potrzebne są wizy), których zakup możliwy jest całkowicie automatycznie przez Internet, oraz systemu opłat za autostrady – HGS. Wizy wystartowały 17 kwietnia 2013, a system HGS na jesieni 2012 – oba więc przechodziły pierwsze testy u wakacyjnych turystów. Co do obu też, w związku z tym, że nie działały jeszcze do tej pory w ani jednym sezonie turystycznym, nie było zbyt wielu informacji dostępnych w sieci. O wizach – nie wiedzieliśmy, czy działają na przejściach lądowych (strona wydająca wizy mówiła wyłącznie o lotniskach). O HGS – gdzie go kupić i co jest do zakupu potrzebne.

Grecka autostrada Egnatia Odos
Grecka autostrada Egnatia Odos
Z cyklu: imiona na Coca-Coli - Grecja :)
Z cyklu: imiona na Coca-Coli – Grecja 🙂
Dojeżdżamy do granicy tureckiej
Dojeżdżamy do granicy tureckiej
Jesteśmy w Turcji
Jesteśmy w Turcji

Na to wszystko nakładała się jeszcze jedna niewiadoma – traf chciał, że w dniu kiedy przekraczaliśmy turecką granicę, kończył się Ramadan, miesięczny okres, podczas którego od wschodu do zachodu słońca muzułmanów obowiązuje m.in. zakaz jedzenia i picia, palenia czy uprawiania seksu (są dodatkowe obostrzenia, np. kobiety nie mogą używać szminki). Zakończenie Ramadanu to w kalendarzu muzułmańskim trzydniowe święto, w Turcji opierające się na odwiedzaniu krewnych i przyjaciół i wspólnym ucztowaniu. W tym okresie podobno można trafić na wzmożony ruch na drogach i bardziej obłożone hotele. Z hotelami zmartwienia nie było – mieliśmy je porezerwowane z dużym wyprzedzeniem. Ale wizja większego niż zwykle ruchu na drogach, połączona ze „sławą” tureckich kierowców, nie wprawiała nas w ekstazę. Jak się miało okazać Id al-Fitr (lub Bajram, tak nazywa się owo trzydniowe świętowanie) miało się nam dać we znaki, ale z całkiem innej strony.

Wspomniana wcześniej ostatnia niespodzianka, która nas czekała to prom samochodowy Eceabat – Canakkale (Europa – Azja), co do którego nie wiedzieliśmy, jak bardzo będzie „obłożony” w sezonie i czy damy radę z marszu kupić bilety i przepłynąć z całym naszym wakacyjnym majdanem na azjatycką stronę – szczególnie, że wiedzieliśmy, że do promu dojedziemy w najlepszym wypadku wczesnym wieczorem.

Do granicy grecko-tureckiej w Ipsali (Turcja), po 350 km jazdy zjawiamy się lekko po godzinie 16:00. Czuć, że wyjeżdżamy z UE, czuć też zmianę tzw. „klimatu” – wzdłuż granicy, już po tureckiej stronie, aż roi się od wojska. Uzbrojonego wojska, wojskowych pojazdów, budek strażniczych. Po bałkańskich korkach na granicach, tu już jesteśmy pewni, że szybko nie będzie. Budek z kontrolą papierów (paszporty, dokumenty samochodu, wizy) naliczyliśmy cztery, w tym jedna „specjalistyczna” – tylko od wiz, i jedna „specjalistyczna” – od dokumentów samochodu. Wyjaśnia się nam pierwsza niewiadoma – wizy elektroniczne bez problemu są akceptowane na przejściach lądowych.

Pierwszy turecki posiłek w Keşan - pide
Pierwszy turecki posiłek w Keşan – pide
Pierwszy turecki posiłek w Keşan - odmiana kebabu
Pierwszy turecki posiłek w Keşan – odmiana kebabu

Co do kwestii samochodu: samochód został mi (czyli kierowcy) wbity do paszportu wraz z pieczątką wjazdową. Oznacza to tyle, że muszę tym samochodem z Turcji wyjechać (nie mogę go tu sprzedać). Nie zawsze wszyscy też pamiętają (lub nie wiedzą) o jeszcze jednym tureckim przepisie, związanym z wjazdem samochodem do Turcji. Po takim wbiciu samochodu do paszportu na granicy, nie będę mógł z przekroczyć tureckiej granicy bez niego – dotyczy to także np. pomysłu na jednodniowy wypad promem na którąś z okolicznych greckich wysp (choćby Rodos czy Kos, leżące tuż przy tureckim wybrzeżu). Nie mogę wsiąść na prom i pojechać na grecką wyspę choćby na kilkugodzinną wycieczkę – bo bez samochodu tureccy celnicy wrócą mnie z granicy. To minus wjeżdżania samochodem do Turcji.

Cały pobyt na tureckiej granicy był dla nas bardzo pozytywnym (wbrew pierwszemu wrażeniu po widoku mnóstwa wojska) zaskoczeniem – trwał w całości raptem pół godziny. Raptem kilkanaście samochodów przed nami. To był jedyny raz podczas całej tegorocznej wakacyjnej podróży, kiedy kazano nam otwierać bagażnik samochodu – ale tylko po to, żeby natychmiast kazać go zamknąć i jechać dalej. Padło tylko jedno pytanie – gdzie jedziemy – wystarczyło podać nazwę „Bodrum” i… jazda.

Park Poszanowania Historii w Eceabat
Park Poszanowania Historii w Eceabat
Park Poszanowania Historii w Eceabat
Park Poszanowania Historii w Eceabat
Park Poszanowania Historii w Eceabat
Park Poszanowania Historii w Eceabat
Park Poszanowania Historii w Eceabat
Park Poszanowania Historii w Eceabat

Kilkanaście kilometrów za granicą, na obrzeżach pierwszego większego miasta – Keşan – znajdujemy większe centrum handlowe z częścią restauracyjną, gdzie zaliczamy pierwsze… tureckie kebaby. Bez żadnych większych przygód docieramy na półwysep Gallipoli, miejsce dla Turków niezwykle pamiętne, co zresztą na półwyspie bardzo widać.

Półwysep Gallipoli był areną wielkiej inwazji wojsk sprzymierzonych na Turcję podczas I wojny światowej, której celem było zdobycie Stambułu. W skutek nieudolności angielskich dowódców, inwazja zakończyła się niepowodzeniem. Straty po obu stronach były niewiarygodne. Bezpośrednio w wyniku walk zginęło łącznie ok. 120.000 żołnierzy, wielokrotnie więcej zostało rannych. W wyniku złych warunków sanitarnych i chorób zginęło dodatkowo prawdopodobnie drugie tyle uczestników po obu stronach. Dziś Gallipoli jest wprost usiane cmentarzami żołnierzy obu walczących stron (po stronie wojsk sprzymierzonych walczyli tu Anglicy, Francuzi, Australijczycy i Nowozelandczycy – dwie ostatnie nacje pod egidą tzw. wojsk ANZAC). Straty były ogromne – zginęło np. 1/4 walczących Nowozelandczyków. Od lat w dniu 25 kwietnia w Australii i Nowej Zelandii obchodzony jest narodowy dzień pamięci ofiar, tzw. Anzac Day. W tym okresie półwysep zapełnia się przyjezdnymi z tych dwóch krajów.

Półwysep Gallipoli jest także ważnym miejscem pamięci dla Turków – w końcu tę batalię wygrali, choć pogrzebali tu swoją połowę łącznych ofiar walk. To tu zaczęła się kariera Mustafy Kemala, urodzonego w Salonikach późniejszego wielkiego przywódcy i pierwszego prezydenta Republiki Turcji – pod zmienionym nazwiskiem: Kemal Atatürk.

Eceabat, plan półwyspu Gallipoli z zaznaczonymi miejscami pamięci
Eceabat, plan półwyspu Gallipoli z zaznaczonymi miejscami pamięci
Eceabat, na promie do Canakkale
Eceabat, na promie do Canakkale
Prom samochodowy Eceabat - Canakkale (Europa - Azja), polskie sterniczki :)
Prom samochodowy Eceabat – Canakkale (Europa – Azja), polskie sterniczki 🙂
Prom samochodowy Eceabat - Canakkale (Europa - Azja), kapitan pozuje do zdjęć :)
Prom samochodowy Eceabat – Canakkale (Europa – Azja), kapitan pozuje do zdjęć 🙂

Pierwotny plan podróży zakładał zwiedzanie kilku miejsc pamięci po walkach na Gallipoli, niestety ograniczenia czasowe (do przystani promowej w Eceabat dotarliśmy przy zapadającym powoli zmroku) zmusiły nas do rezygnacji z niego. Ale w samym Eceabat nie dało się nie zauważyć kultu żołnierzy z Gallipoli i samego Atatürka jako ich przywódcy. W przystani promowej w Eceabat znajduje się mała inscenizacja walk, mapa półwyspu i popiersia przywódców stojące nad samą wodą.

Także następnego dnia, już w świetle dziennym i z poziomu przeciwległej strony cieśniny Dardanelskiej, mogliśmy oglądać okazałe pamiątki po toczących się tutaj walkach. Bardzo widoczny jest m.in. Pomnik Męczenników Canakkale, stojący na samym koniuszku półwyspu, upamiętniający wszystkich walczących tu tureckich żołnierzy (253.000). Równie dobrze widoczny jest ogromny napis na wzgórzu półwyspu, z towarzyszącą mu sylwetką żołnierza: „Dur yolcu! Bilmeden gelip bastýöýn, Bu toprak, bir devrin battýöý yerdir.”

To fragment poematu tureckiego poety, Necmettina Nelila Onana, w dowolnym rozumieniu znaczący: „Zatrzymaj się przechodniu i wspomnij cenę, zapłaconą za zwycięstwa”. Podkreślam – to tłumaczenie dowolne, bo te trzy linijki są częścią większego utworu i ich sens bez reszty może wydawać się nieco inny.

Panorama Canakkale z promu z Eceabat
Panorama Canakkale z promu z Eceabat
Jesteśmy w Azji
Jesteśmy w Azji

Po wjeździe do Eceabat od razu dojeżdżamy do przystani promowej, przed którą czeka już kilkadziesiąt samochodów. Bilety wjazdowe na prom sprzedają ludzie podchodzący do samochodów, nie trzeba się nigdzie fatygować, nie ma żadnej kasy. Koszt przejazdu promem w jedną stronę to 20 TL (tureckich lir, 1 lira = 1,6 PLN), bez względu na liczbę pasażerów, płaci się tylko za samochód. Prom pływa od wczesnego rana do północy non stop, tam i z powrotem. Wypada mniej więcej jeden kurs co 20-25 minut. Nie ma też problemu z nadmierną ilością oczekujących, łapiemy się na pierwszy podpływający prom. Zanim wjedziemy, zdążamy obfotografować całą okolicę przystani.

Zajęty parkowaniem, dołączam na promie do reszty rodziny, która rozpanoszyła się na jedynej ławce obok drzwi na… mostek kapitański, który stał sobie pusty. Reszta pasażerów zajęła pozycje poziom niżej, na ławkach. Nasza odosobniona miejscówka szybko okazała się wstępem do niespodziewanej atrakcji – męska załoga promu po przybyciu na mostek, natychmiast zaprosiła nas do środka – cały kurs spędziliśmy gaworząc ze sternikiem i… kapitanem. Sprawdziły się plotki o tureckim uwielbieniu dzieci – nasze dzieci musiały pozować do zdjęć z kapitanem (po kolei), a wszyscy (też po kolei) zostaliśmy zaproszeni do… sterowania promem podczas jazdy. Nie ponudziliśmy się ani chwili.

Pomnik Męczenników Canakkale na półwyspie Gallipoli
Pomnik Męczenników Canakkale na półwyspie Gallipoli
Półwysep Gallipoli, napis upamiętniający żołnierzy tureckich
Półwysep Gallipoli, napis upamiętniający żołnierzy tureckich
Degustacja wina z bośniackiego monasteru Tvrdos
Degustacja wina z bośniackiego monasteru Tvrdos

Prom opuszczamy po azjatyckiej stronie Turcji już w ciemnościach. Azja zaliczona 🙂 Bez żadnych przygód docieramy o godz.21:00 do hotelu. Zadnych planów turystycznych na wieczór, poza przymusowym wysłuchaniu zaraz po przyjeździe do hotelu głosu muezzina z sąsiedniego meczetu – pierwszy raz z wielu w Turcji. Szybka wycieczka po piwo na również sąsiednią stację benzynową – niestety nieudana – piwa na stacji kompletnie brak. Nastawiamy się więc na wieczorną konsumpcję winnych przysmaków, wiezionych jeszcze z Bośni i Hercegowiny, z monasteru Tvrdos.

Następnego dnia zaczynamy azjatycką część podróży. Będzie zwiedzanie samego Canakkale oraz pierwszych atrakcji tureckich, na pierwszy ogień m.in. słynna Troja.

Pełna galeria zdjęć z pierwszych chwil w Turcji znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

Jak bardzo przydatny jest dla Ciebie ten artykuł?

Kliknij na odpowiednią gwiazdkę i oceń treść

Dotychczasowa średnia ocena / 5. Ilość opinii:

Jeśli nasz artykuł jest dla Ciebie przydatny...

podziel się nim ze znajomymi 🙂

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o