Samochodem na wakacje do Chorwacji bez… tablicy rejestracyjnej ?

Tym razem będzie o jednej z najdziwniejszych samochodowych przygód, jakie zdarzyły nam się do tej pory. I o tym, jak można sobie radzić. I o tym, że da się jeździć po całej Europie, także przez granice poza Unią Europejską z jedną… tablicą rejestracyjną.

0

Tym razem będzie o jednej z najdziwniejszych samochodowych przygód, jakie zdarzyły nam się do tej pory. I o tym, jak można sobie radzić. I o tym, że da się jeździć po całej Europie, także przez granice poza Unią Europejską z jedną… tablicą rejestracyjną.

Wspomnieliśmy już we wpisie, opisującym jeden z odcinków naszej podróży na wakacje do Chorwacji, że prawdopodobnie właśnie tam zostawiliśmy część naszego, nazwijmy to: wyposażenia. Ale tak naprawdę to do dziś nie jesteśmy pewni, gdzie owa rzecz nam zaginęła. Od początku jednak.

Ostatni odcinek podróży do Chorwacji to wg google’owych map ok.7-godzinny odcinek pomiędzy austriackim Villach a chorwackim Splitem, w którym mieliśmy spędzić wakacyjne dwa tygodnie. Po porannym śniadaniu i szybkim zwiedzaniu okolicy hotelu nad brzegami jeziora Ossiacher See, udaliśmy się w dalszą podróż, prosto ku granicy z Włochami, która jest o „rzut beretem” od tegoż miejsca.

Odcinek włoski, dzięki niezłym tamtejszym autostradom (płatnym, opłaty na bramkach), pokonaliśmy całkiem sprawnie, meldując się w nadadriatyckim Trieście. Dwugodzinny postój, spacer po centrum miasta, i co naszym zdaniem istotne dla meritum tego wpisu, parkowanie samochodu na dużym parkingu przy centralnym placu miasta, Piazza Unita d’Italia. Parkowanie „na styk” z dość gęstym żywopłotem, rozgraniczającym rzędy parkujących samochodów.

Triest z kolei sąsiaduje wręcz z granicą słoweńską, przez który to kraj musieliśmy przejechać krótkim tranzytem, który wiązał się niestety z obowiązkowym zakupem słoweńskiej autostradowej winietki (15 Eur), pomimo tego, że do przejechania w Słowenii mieliśmy pewnie ledwie 40 kilometrów do granicy z Chorwacją. Cały czas jednak poruszamy się wewnątrz Unii Europejskiej – czyli brak jakichkolwiek kontroli granicznych. Nikt nas nie zatrzymywał ani nie kontrolował, co okazało się istotne potem.

Tunel Sveti Rok zapamiętaliśmy jak żaden inny
Tunel Sveti Rok zapamiętaliśmy jak żaden inny

Pierwszym granicznym „przystankiem” było więc samochodowe przejście słoweńsko-chorwackie w miejscowości Pasjak. Obyło się bez większych ceregieli – standardowe okazanie paszportów, zaglądnięcie (przez okno) na pasażerów, sprawdzenie zgodności twarzy ze zdjęciami paszportowymi, sztampowe pytanie o cel podróży (wakacje) i wbicie stempelka do paszportów. Nie zauważyliśmy niczego, co wzbudziło by naszą czujność.

Właśnie zauważyliśmy brak tablicy z przodu...
Właśnie zauważyliśmy brak tablicy z przodu…

Wielkie „bum” zastaje nas niedaleko Zadaru, gdzie przed tunelem Sveti Rok (prawie 6 km długości) zachciewa nam się zatrzymać na małym autostradowym parkingu. 170 km przed Splitem wychodzimy z samochodu, stajemy przed nim, obracamy się w stronę maski i… przerażenie w oczach. Przednia ramka na rejestrację kompletnie połamana, a samej tablicy rejestracyjnej… nie ma. Super, jesteśmy na drugim końcu Europy, poza Unią i… zgubiliśmy rejestrację. A my dopiero dojeżdżamy na dwutygodniowe wakacje. Jak teraz poruszać się przez dwa tygodnie po Chorwacji, wszak plany zwiedzania mamy dość intensywne ? No i przede wszystkim – jak wrócić do Polski przez kilka krajów ? Przecież brak tablicy rzuca się w oczy – będzie nas zatrzymywał każdy przejeżdżający patrol policji w każdym kraju… Wakacje szykują się rozrywkowe 🙂

Nie wiemy, gdzie „pozbyliśmy” się rejestracji. Czy to był nocleg w austriackim Villach, parking w Trieście ? Ale chyba celnik na granicy chorwackiej odezwałby się na widok przodu naszego samochodu, podjeżdżającego do kontroli. A może rzeczywiście nie zwracał na to uwagi ? Ale co to ma za znaczenie – znaczenia ma teraz pytanie: co dalej ? Oczywiście decyzja jest: jedziemy dalej, przecież nie wrócimy do Polski i nie zrezygnujemy z wakacji. Co będzie, to będzie.

Do Splitu dojechaliśmy już po ciemku, więc nasze pierwsze obawy zniknęły w mroku – po ciemku ciężej zauważyć brak tablicy w samochodzie. Choć, jak się okazało, nasz hotel mieścił się obok sporego… posterunku policji, co na moment wzmogło nasz stres. W każdym razie obeszło się bez przygód.

Bez tablicy rejestracyjnej, ale za to z widokami na niezłe wakacje
Bez tablicy rejestracyjnej, ale za to z widokami na niezłe wakacje

Oczywiście brak rejestracji został tematem numer jeden naszych wakacyjnych rozważań. Przez dwa pełne tygodnie poruszaliśmy się po Chorwacji z jedną tablicą rejestracyjną, słusznie przypuszczając, że w wakacyjnym tłumie samochodowym jakoś „zgubimy” nasz drobny brak 🙂 Po paru dniach sytuacja nam spowszedniała i całkiem przestaliśmy się przejmować. Był jednak moment, w którym zaczęliśmy się zastanawiać, czy aby „powinno” nam brakować tej przedniej rejestracji, czy może jednak lepiej nie mieć tej tylnej, jak już mamy tylko jedną.

Rozumowanie było takie brakującą rejestrację przednią zauważą tylko stojące na poboczu patrole policyjne, jeśli zauważy to jadący z naprzeciwka radiowóz, nie będzie mu się chciało zawracać – z reguły na głównych drogach pomiędzy kurortami są sakramenckie korki i jedzie się „gęsiego” – ciężko zawrócić. Natomiast jak w takim korku trafimy na radiowóz jadący za nami, to zdecydowanie warto jest mieć rejestrację z tyłu 🙂 Przydrożnych kontroli w Chorwacji w zasadzie nie ma, więc o przednią rejestrację przestaliśmy się martwić.

Jednak zbliżała się powoli jednodniowa wyprawa do Dubrownika, w trakcie której trzeba przejechać 17-kilometrowy odcinek przez terytorium Bośni i Hercegowiny (Chorwacja jest przedzielona na dwie części, oddzielone właśnie tym pasem, dzięki któremu Bośnia i Hercegowina ma dostęp do morza), czyli: granica. Czyli: celnicy. A jesteśmy poza Unią, tu się pewnie tak po prostu przez granicę nie przejeżdża. I znów włączamy rozumowanie. Jak dojeżdżamy do granicy, celnik patrzy się na nasz samochód od przodu, gdy do niego dojeżdżamy. To na bank. Ale czy będzie się patrzył na nasz samochód od tyłu, gdy będziemy odjeżdżać ? A nawet gdyby – będzie mu się chciało reagować, gdy z daleka zobaczy, że z tyłu nie ma rejestracji ? To już mniej pewne. Czyli na dwoje baba wróżyła: na drodze lepiej mieć rejestrację z tyłu, a na granicy – z przodu. Teraz tylko trzeba to zastosować w praktyce.

Przed wyjazdem do Dubrownika, zaopatrujemy się w Splicie w nową, sprawną ramkę na rejestrację oraz zestaw śrubokrętów. Tak zaopatrzeni, wyjeżdżamy do Dubrownika. Jeśli operacja się uda, będziemy mieli sposób na powrót do Polski. Jak wymyśliliśmy – tak robimy. W tłoku samochodów na drodze prowadzącej na południe jedziemy z rejestracją z tyłu. Zawsze w przypadku mijania z naprzeciwka radiowozu, czy w chwili mijania kierującego gdzieniegdzie ruchem policjanta, ciśnienie nam wzrasta, ale nikt nie reaguje. Na 2 kilometry przed bośniacką granicą stajemy na parkingu i przeprowadzamy „operację” przełożenia tablicy rejestracyjnej. Uzbrojeni w tablicę z przodu podjeżdżamy na przejście graniczne. Jesteśmy geniuszami ! Celnik uważnie patrzy na naszą tablicę, sprawdzając naszą narodowość. Widząc polską (unijną ?) tablicę, gestem ręki każe jechać dalej. Patrzymy we wsteczne lusterka – ani przez myśl mu nie przeszło, by oglądnąć się za nami ! Już patrzył na przednią tablicę następnego samochodu. Po powrocie na terytorium Chorwacji operacja powrotna – jedyna tablica wędruje spowrotem na tył – i jazda do Dubrownika. W drodze powrotnej wszystko wyglądało podobnie- i u nas i u celników. Wiemy już, jak wrócimy do Polski.

I rzeczywiście tak wróciliśmy. Rejestracja z tyłu jest rozwiązaniem najlepszym – na autostradzie ta przednia w zasadzie jest zbędna, szczególnie na autostradzie bez radarów (czyli prawie wszędzie :-)). Przekręcanie tablicy znudziło nam się dopiero po wjechaniu na terytorium Węgier w drodze powrotnej – stwierdziliśmy, że jedziemy z rejestracją z przodu aż do domu. I… dojechaliśmy. Na radiowóz jadący bezpośrednio za nami natknęliśmy się dopiero… w Polsce, a dokładnie w Sandomierzu. I oczywiście zostaliśmy zatrzymani – ale tu już opowiedzieliśmy o historii zgubionej w Chorwacji tablicy, po czym… zostaliśmy pochwaleni za trzymanie jedynej tablicy z przodu – wg policjantów gdyby była z tyłu, zostaliśmy ukarani za unikanie radarów drogowych 🙂 A tak – za brak tablicy nas nie ukarano.

Tak to niecodzienne sytuacje w drodze wymusiły na nas wykazanie się umiejętnością kreatywnego myślenia i wcielania się w zachowania celników czy policjantów 🙂 Było nerwowo, było pomysłowo, ale ważne, że nie zakłóciło to ani przez chwilę naszych wakacyjnych planów. Zjeździliśmy Chorwację, wróciliśmy do Polski nie zauważeni przez „służby” po drodze (poza Sandomierzem :)) Da się ? Da 🙂

Oczywiście to nie rozwiązanie na dłuższą metę (rejestrację trzeba wyrobić od nowa), ale krótkoterminowo, w sytuacji kryzysowej, trzeba sobie jakoś radzić.

Jak bardzo przydatny jest dla Ciebie ten artykuł?

Kliknij na odpowiednią gwiazdkę i oceń treść

Dotychczasowa średnia ocena / 5. Ilość opinii:

Jeśli nasz artykuł jest dla Ciebie przydatny...

podziel się nim ze znajomymi 🙂

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o