Samochód w podróży

Zawsze chcieliśmy o tym napisać. Opisujemy nasze podróże, zabytki, ciekawe miejsca, pstrykamy tysiące zdjęć. A nigdy nie było okazji wspomnieć dłużej o elemencie, bez którego naszych eskapad prawie by nie było. Będzie o samochodzie – cichym bohaterze tamBylskich.

0

Zawsze chcieliśmy o tym napisać. Opisujemy nasze podróże, zabytki, ciekawe miejsca, pstrykamy tysiące zdjęć. A nigdy nie było okazji wspomnieć dłużej o elemencie, bez którego naszych eskapad prawie by nie było. Będzie o samochodzie – cichym bohaterze tamBylskich.

Zaczynamy tym samym dłuższy ciąg artykułów „okołopodróżniczych” Postaramy się w nich przybliżyć kulisy naszych podróży – tego, co dzieje się pomiędzy nimi, albo w ich trakcie – ale nie widać tego na zdjęciach. A skoro nasze podróżowanie rozpoczęliśmy od wyjazdów samochodowych, z czasem coraz dalszych, to rozpoczniemy pisanie od wszystkiego, co z samochodem w naszych wyjazdach jest związane.

Jeśli zastanawiacie się nad dłuższym wyjazdem swoim samochodem przez Europę, to postaramy się Was do tego namówić. Pokażemy Wam, że żaden zakątek nie jest na tyle straszny, żeby bać się tam pojechać własnym autem. Pokażemy też, że da się jeździć lewą stroną, przesiąść na całkiem inny samochód, inną skrzynię biegów itp. I pokażemy też, co bierzemy pod uwagę, organizując nasze wyjazdy samochodowe. Aspektów jest sporo, stereotypów związanych z wyjazdem w „dzikie” (czyli te spoza UE) kraje pewnie jeszcze więcej. Ale tak naprawdę żaden kraj w Europie nie jest wystarczająco dziki pod względem zwyczajów na drodze, żeby bać się tam wjechać.

Tak się szczęśliwie złożyło, że ładnych kilka lat temu „nabyliśmy drogą kupna” naszego czterokołowego pupila. To były jeszcze czasy, gdy nasze wakacyjne wyjazdy ograniczały się do wyjazdu nad polski Bałtyk. I rola auta także była ograniczona – zawieźć, wysadzić i przywieść z powrotem do domu. Z czasem, gdy nasze podróże robiły się coraz dalsze i coraz bardziej przemyślane, samochód przestał być po prostu narzędziem do codziennego przemieszczania się po mieście – zaczęliśmy o nim myśleć w perspektywie kolejnych wyjazdów, co nieco zmieniło nasze podejście do niego.

Większość naszych podróży, za wyjątkiem lotniczych weekendówek w różnych miastach Europy, związana jest blisko z samochodem. Nie zawsze naszym własnym, bo gdy koszty przejazdu lub transportu samochodu w dane miejsce (Gruzja, Sardynia, Cypr, Malta) są zbyt duże lub odległość jest zbyt daleka, decydujemy się na wariant lotniczy z wynajęciem samochodu na miejscu. Czasem tylko nim jeździmy, czasem także w nim śpimy, zawsze jest naszym podróżniczym centrum dowodzenia w trakcie wyjazdów.

Butrint, prom na kanale Vivari
Butrint, prom na kanale Vivari
Albania, Pogradec, wjazd na wzgórze zamkowe
Albania, Pogradec, wjazd na wzgórze zamkowe
[Austria] Widokowa trasa alpejska na Grossglockner
Najwyższa góra Austrii – Grossglockner (3798 m n.p.m.) i najwyżej położona droga tego kraju (Hochalpenstrasse).
Wysokie Alpy francuskie
Wysokie Alpy francuskie

Wreszcie – dlaczego samochodem. Dlaczego nie rowerem, dlaczego nie autostopem ? Ot, każdy różne rzeczy lubi. I nie każda konfiguracja podróży nadaje się do takich opcji. Z reguły podróżujemy rodzinnie – 4 lub 5-osobowo, z dwójką lub trójką dzieci. Najmłodsze ledwie weszły w wiek „nastolatków” – to nie jest ten moment, żeby jechać z nimi przez Europę rowerem. Autostop w większej grupie to też słaba raczej opcja – złapanie stopa dla 5 osób z bagażami to też sztuka. No i te bagaże – spakowanie 5-osobowej rodziny do plecaków i noszenie potem tego wszystkiego na plecach przez trzy, cztery tygodnie też delikatnie jest w kontrze naszego wyobrażenia podróży. Nie wyjeżdżamy, żeby się umordować. Z plecakiem możemy wyjechać we dwójkę z żoną. A samochód to swoboda i wygoda – w naszym wieku te rzeczy są coraz bardziej cenne (tak, wiemy, że zabrzmiało to tak bardzo „starczo” :))

Wyjazd samochodem daje nam wolność. Nie musimy ograniczać się do miejsc, w które da się dojechać transportem publicznym. Daje nam możliwość zbaczania z głównych tras do miejsc, do których dojechanie autobusem nie jest możliwe, a łapanie stopa ogranicza czas, przeznaczony na zwiedzanie. Dzięki podróży autem możemy praktycznie dowolnie kształtować trasę podróży, przejeżdżane odległości. Możemy z góry zaplanować miejsca noclegowe, rezerwując z dużym wyprzedzeniem noclegi na trasie. Znów oszczędność na czasie w podróży – nie tracimy go na szukanie noclegów, gdy dopada nas zmrok.

Oczywiście podróż samochodem ma minusy – przede wszystkim finansowe. Koszty paliwa stanowią pokaźny procent kosztów naszych podróży i tego po prostu nie da się uniknąć. Dochodzą też inne koszty przejazdu – choćby koszty autostrad, mostów, tuneli, parkingów itp. Dochodzi ryzyko mandatów, awarii, kontroli granicznych itp. Ale jak dobrze policzyć, to nasze ostatnie wakacyjne wyjazdy do Grecji, trwające po 4 tygodnie, zamknęły się kosztami równymi wykupieniu dwutygodniowego pobytu tamże w biurze podróży (liczymy dla 4 osób). A my przy okazji widzieliśmy niemal całe Bałkany (Bośnia, Czarnogóra, Albania, Macedonia, Serbia).

Nieco traci się ten bezpośredni kontakt z autochtonami. Nie śpisz w czyimś domu, nie jesz na czyjś koszt. Nikt Cię nie podwozi własnym samochodem. No i trzeba z rozwagą podchodzić do przysłowiowego piwka do obiadu. Coś za coś. Teraz po kolei możecie sprawdzić, czym jest dla nas samochód w podróży i z czym wiąże się organizacja dalekich (często w sumie ponad 10 tys. km) podróży własnym transportem. Żeby nie było samych suchych porad, wszystko dostajecie podane na przykładzie naszych osobistych doświadczeń, zebranych w ciągu 8-miu już lat jeżdżenia samochodem po całej Europie i okolicach, od Irlandii, po Gibraltar, Turcję, Gruzję, całe Bałkany i wysokie Alpy we Francji czy Austrii. Zaczniemy od rzeczy najbardziej oczywistych.

Ubezpieczenia

Nie jesteśmy oryginalni. Na co dzień mamy wykupiony pełny pakiet ubezpieczeń (OC, AC, NNW), to się przydaje zawsze i także poza okresami podróży. Co ciekawe, nigdy w trakcie podróży własnym samochodem nie mieliśmy żadnego przykrego wydarzenia w stylu wypadku czy stłuczki (miewaliśmy je „na miejscu”, w Polsce). Ale nie po to jedziemy w podróż, żeby martwić się, gdy coś się stanie. Minimalizujemy kłopoty jak tylko się da. Bo przecież wypadek to nie jedyna zła rzecz, która może stać się przy samochodowym wyjeździe. Mogą Was „stuknąć” na przysłowiowym parkingu przy markecie, mogą porysować z czystej złośliwości. Pełny zakres ubezpieczenia daje względny duchowy spokój. Może podróż się skróci, albo opóźni, może chwilowo zepsuje się humor, ale nie spowoduje dziury w kieszeni lub dodatkowych kłopotów w miejscach, w których nie chcielibyśmy utknąć.

Druk obowiązkowego ubezpieczenia w Kosowie
Druk obowiązkowego ubezpieczenia w Kosowie

Z zasady zawsze przy kolejnym przedłużaniu ubezpieczenia żądamy wydania tzw.”zielonej karty”. W przypadku naszego ubezpieczyciela (nie będziemy robić mu reklamy) wydawana jest bezpłatnie, „na żądanie”. Zielona karta to „przedłużenie” ubezpieczenia na kraje, w których nie obowiązuje standardowe OC, wydawane w Polsce. W większości są to kraje spoza UE, do których ostatnio jeździmy najczęściej (np. Bałkany). Zwracajcie uwagę na blankiet zielonej karty – są na nim wymienione kraje, w których obowiązuje – słyszeliśmy że u różnych ubezpieczycieli ta liczba krajów bywa różna. Zieloną kartę bierzemy zawsze – nie wiemy, gdzie w ciągu kolejnego roku ubezpieczenia licho nas zaniesie razem z naszym samochodem.

Zielona karta jest sprawdzana przez celników na granicach, np. w Albanii. I to nie tylko sprawdzana jest sama jej obecność, ale także właśnie to, czy na blankiecie jest wypisany ten kraj jako włączony w jej obsługę.

Czasem nawet pełny zakres ubezpieczenia, wykupywany w Polsce, nie daje ochrony samochodu za granicą. Najlepszym przykładem jest tu Kosowo, w którym nie obowiązuje ani polskie OC, ani zielona karta. Obowiązkowo trzeba wykupić na granicy osobne ubezpieczenie. Jego koszt to 30 EUR za okres do 15 dni – takie koszty trzeba także brać pod uwagę podczas planowania podróży. Jeśli bowiem chcecie po prostu przejechać się przez Kosowo, żeby „zaliczyć” ten kraj, to się to po prostu nie kalkuluje finansowo. Tam warto wjeżdżać, jeżeli chcecie coś zobaczyć, zwiedzić. Danina 30 EUR na granicy powoduje, że tranzyt i przejechanie w dwie godziny przez Kosowo mija się z celem. Chyba minimum to nasza wersja – trzy doby (dwa noclegi w Kosowie w 2014 r.), to jest optymalny czas na zobaczenie największych atrakcji tego małego i świeżego kraju.

Oprócz tego mamy oczywiście okresowo kupowane ubezpieczenia turystyczne (zdrowotne), ale to już temat nie związany z samochodem.

Rada: ubezpieczaj się możliwie obszernie, w podróży zabezpieczeń nigdy za wiele.

Przeglądy

Każdy dba o samochód jak chce, jednak jeżeli chcecie by samochód służył Wam w dalekich eskapadach, to na przeglądach nie radzimy oszczędzać. Nie oszczędzać, znaczy robić je planowo i w określonym przez producenta zakresie. Choćby po to, by wykupione ubezpieczenie zadziałało – bywa że ubezpieczenie nie działa w razie awarii czy stłuczki, gdy ubezpieczyciel stwierdzi niedociągnięcia w stanie technicznym samochodu.

Dłuższe podróże czasem wymagają jeszcze bardziej ekstremalnego podejścia do przeglądów. Zdarzało nam się wymieniać np. klocki hamulcowe, choć mechanik stwierdzał, że przejadą jeszcze spokojnie 8 tys. kilometrów. Tyle że my zaraz wyjeżdżaliśmy w podróż liczącą 10-12 tys. km i wracaliśmy np. przez wysokie Alpy. My nie wjeżdżamy w góry na kończących się hamulcach… Zjeżdżanie z Alp na ręcznym to nie sport dla nas 🙂 Takie sytuacje też warto przewidywać z wyprzedzeniem. Koszty serwisowania samochodu za granicą potrafią być sporo wyższe niż u nas, a i spędzenie dnia w kolejce do serwisu to nie jest rzecz, którą chcielibyśmy trafić w trakcie podróży.

Rumunia, Trasa Transfogaraska
Rumunia, Trasa Transfogaraska
Hiszpania, góry Sierra Nevada
Hiszpania, góry Sierra Nevada
Wysokie Alpy francuskie
Wysokie Alpy francuskie

Serwisujemy nasz samochód zawsze w autoryzowanym serwisie producenta – na zdjęciach widać że to Ford, więc nie będziemy specjalnie ukrywać marki. Tym bardziej, że ta metodologia się nam sprawdza – nasz „tamBylskowóz” ma już na liczniku ponad 300 tys. przejechanych kilometrów i tylko raz mieliśmy w podróży problem z samochodem, o czym zaraz będzie. Ale nie jesteśmy ortodoksami i być może nie bylibyśmy tak wierni autoryzowanemu serwisowi (w końcu autoryzowany serwis raczej nigdy nie jest najtańszą opcją), gdyby nie jeden dość istotny pod kątem podróżowania szczegół.

Otóż autoryzowane serwisy Forda od ładnych paru lat dają w prezencie po każdym przeglądzie tzw. „assistance”, czyli formę dodatkowego ubezpieczenia na wypadek awarii samochodu w trasie. Zapewnia ono pokrycie przez ubezpieczyciela kosztów transportu samochodu (do serwisu lub do miejsca zamieszkania w razie „grubszej sprawy”) w razie awarii lub wypadku, a dla nas pokrywa koszty nieplanowanego noclegu, zastępczego auta i/lub transportu z powrotem. Ważne – „assistance” nie pokrywa jednak kosztów naprawy (po to jest wszak „standardowe” ubezpieczenie). Ale co najważniejsze – to jest „assistance” działający w całej Europie, dokładnie w geograficznych granicach naszego kontynentu. Czy to będzie Albania, czy europejska część Turcji. Taki „prezencik” sprawia, że jesteśmy wiernymi klientami serwisu. Porozglądajcie się, czy Wasza marka też nie ma w serwisach podobnych benefitów.

Rada: jeżeli samochód ma być Twoim środkiem lokomocji w podróżach, dbaj o niego jak o kolejnego członka wyprawy. Regularnie serwisowany w zaufanym punkcie samochód odwdzięczy Ci się ograniczeniem kłopotów podczas eskapad.

Awarie

Najlepszy nawet serwis nie da gwarancji bezawaryjności samochodu. Bo psują się też części, nie podlegające okresowemu serwisowaniu. Owszem, serwisant pewnie poinformuje, że widać lekki wyciek skądś, albo że kończą się amortyzatory, albo kończy się wydech, który się przepala i niedługo odpadnie. Nasz serwis też daje o takich rzeczach znać.

Ale serwis nie przewidzi, że tydzień po wyjeździe z serwisu i w trzecim dniu podróży do azjatyckiej części Turcji (gdzie wspomniany wyżej „assistance” już nie obowiązuje) padnie wiatrak chłodnicy. A to przypadek z naszego życia wzięty. I życiowy przykład klasycznego prawa Murphy’ego – jeśli coś może pójść źle, to pójdzie. Jechaliśmy wtedy pierwszy raz przez Albanię, w której był jeden serwis Forda (w Tiranie). I mieliśmy nadzieję, że samochód nie zepsuje się w Albanii, o której dodatkowo słyszeliśmy wiele złego odnośnie stanu tamtejszych dróg i wątpliwej jakości paliwa. I co ? Samochód „zagotował” nam się pierwszego dnia po wjeździe do… Albanii 🙂 Trzeciego dnia podróży, rozpisanej na 32 dni.

Malta, jedyna nasza
Malta, jedyna nasza „guma” w historii
Serbia, drobne usterki zdarzają się zawsze. Tu wymiana żarówki
Serbia, drobne usterki zdarzają się zawsze. Tu wymiana żarówki

Zbiegły się dwie rzeczy jednocześnie – tragiczne momentami drogi, na których nie da się jechać wyżej niż na jedynce czy dwójce (częściowo to nasz „pomysł”, bo zjeżdżaliśmy z głównych dróg), i samochód z brakiem jednego z obiegów chłodzenia, który musiał jechać szybko, by chłodziło go powietrze (bo chłodzenie płynem nie działało). Koniec końców w samochodzie w takim stanie przejechaliśmy całą podróż – musieliśmy jednak zrezygnować z kilku punktów wartych zobaczenia, położonych w górach i z jazdy po słabych lub bardzo krętych drogach, a także unikać jak ognia korków w dużych miastach.

Rada: awarii nie unikniesz. Trzeba z ich ryzykiem żyć, a dodatki typu „assistance” od dealera zdejmą z Ciebie ciężar organizacji naprawy. Telefon do Polski i reszta dzieje się „sama”.

Samochód bywa ciężarem

Tu jeden konkretny przykład – wyjazd samochodowy do Turcji. To jeden z tych krajów, przy wjeździe do którego kierowcy jest auto „wbijane” do paszportu. Specjalna pieczątka, która mówi, że wjechałeś samochodem. To istotne, bo taki kierowca nie może potem opuścić Turcji bez tegoż samochodu. Jakież to ma znaczenie, zapytacie. Przecież nie jedziecie do Turcji, żeby sprzedać czy zostawić tam samochód ? Otóż ma.

Turecka pieczątka w paszporcie, dokumentująca wjazd samochodem
Turecka pieczątka w paszporcie, dokumentująca wjazd samochodem

Bo wybrzeże Turcji jest od zachodniej strony wręcz otoczone wysepkami, w większości greckimi (Rodos, Kos, Lesbos, Samos itp.). Co niektórzy chcieliby choćby na jeden dzień pojechać na taką wyspę w trakcie wakacji w Turcji, a w dużej części jest kłopot z promem samochodowym – zresztą po co na jeden dzień „targać” ze sobą samochód, skoro można pojechać na chwilę z plecakiem ? No i nie płacić dużych opłat za przewóz samochodu na chwilę na wyspę. No i tu jest kłopot – kierowca nie może opuścić Turcji bez samochodu którym do niej wjechał – dotyczy to także choćby chwilowego przejazdu promem na oddaloną o „rzut beretem” grecką wyspę. Wjechałeś samochodem – na prom na Rodos nie wejdziesz pieszo. Nawet jak nie kursują promy samochodowe. Taka ciekawostka.

Inny wariant podróży to wyprawa nie swoim samochodem. Bo np. przysłowiowy szwagier ma duże wygodne auto i jest tak szalenie (powiedzielibyśmy wręcz: szaleńczo :)) miły, że pożyczy nam go na wyjazd. Tu też gdzieniegdzie mogą być kłopoty na granicach, np.w  Turcji, o ile dobrze pamiętamy, wymagane jest notarialna zgoda właściciela na użytkowanie samochodu, chyba nawet tłumaczona na ichni język. O tym też warto pamiętać.

Rada: sprawdzaj przepisy celne kraju, do którego jedziesz. Szczególnie, jeśli nie jedziesz swoim samochodem lub chcesz na chwilę opuścić dany kraj bez samochodu, którym do niego wjechałeś.

Mandaty, łapówki, kontrole drogowe

Prozaiczne rzeczy, związane z jazdą samochodem. Mało kto jeździ tak, że może powiedzieć, że nie łamie przepisów. Bo musiałby jeździć hulajnogą. Generalnie więc wcześniej czy później jakiś mandacik się zdarzy i żadnej tragedii z tego powodu robić nie należy. Choć bywa to kosztowne, bo nie wszędzie mandaty są w „polskiej” wysokości. Szczególnie te w euro będą boleć. Na południu Europy podejście do różnych aspektów jazdy po drogach bywa luźne, ale jeden element ważny jest wszędzie – czyli prędkość. I znów – jazda zgodnie z ograniczeniami jest nierealna, a dodatkowo przepisy w różnych krajach są różne. Różnie też wyglądają radary – od automatów stacjonarnych o różnym wyglądzie poprzez wideoradary (popularne np. na autostradach na Węgrzech) zamontowane na policyjnych samochodach, poprzez różne sposoby mierzenia ręcznego.

Mandat drogowy z Turcji
Mandat drogowy z Turcji

Czasem jest to standardowy „pan” z suszarką, czasem jest „pan” stojący w bocznej drodze, a kilometr dalej drugi, komunikujący się z pierwszym przez krótkofalówkę. Czasem ten pierwszy nie stoi w bocznej drodze, a na wiadukcie nad drogą – nie przewidzisz. Ale może się zrobić ciekawie, bo w różnych krajach załatwianie takiego mandatu wygląda różnie. Nam zdarzyło się dostać mandat w Turcji, od policjanta nie znającego w ząb angielskiego. Na migi pokazywał, żeby zapłacić w banku, ale za nic nie mogliśmy na blankiecie znaleźć numeru konta 🙂

Akurat w Turcji jest specyficznie, bo mandat płaci się w ichniejszej odmianie urzędu skarbowego – trzeba do niego pojechać. Jak się pojedzie szybko (bodajże w ciągu tygodnia), to dostaje się niespodziewanie duży rabat. A jak się nie zapłaci w ogóle, to można mieć kłopot z wyjazdem lub ponownym przyjazdem do Turcji, w ekstremalnym przypadku włącznie z aresztem przy długiej zwłoce.

Łapówki – przed pierwszym wyjazdem na Bałkany naczytaliśmy się o serbskich policjantach, łapiących zagraniczne samochody „na oko”, by wmawiać że kierowca przekroczył prędkość. Tak żeśmy się naczytali, że wzięliśmy trochę banknotów o nominale 5 EUR, którymi podobno trzeba było takich policjantów „częstować”. I… to koniec tej historii. Nigdy nie widzieliśmy takiej kontroli.

Kontrole drogowe najczęściej mamy w… Albanii i Kosowie 🙂 Związane jest to z tamtejszą walką z mafiami przemycającymi samochody. Bardzo rzadko jednak machający z daleka policjant w Albanii kazał nam się rzeczywiście zatrzymać. Widząc polską rejestrację „odmachiwał” w drugą stronę, każąc nam jechać dalej. Może lepiej traktują turystów, a może… nie znają języka i się z nami nie dogadają 🙂 W Kosowie sprawdzano nam paszporty i dokumenty samochodu na jakiejś głównej drodze, ale chyba bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Skończyło się na słowie „tourist” z naszej strony.

Z kontrolami drogowymi związana jest też kwestia pamiętania o obowiązkowym wyposażeniu auta. Oprócz standardowych: gaśnicy i trójkąta, warto mieć (bo są wymagane w niektórych krajach) komplet zapasowych żarówek i bezpieczników oraz komplet kamizelek odblaskowych (dla każdego pasażera auta). W wyższych partiach gór, szczególnie poza sezonem letnim, obowiązkowe bywa posiadanie łańcuchów na koła.

Czasem potrafią się zdarzyć sytuacje bardzo niestandardowe. Podczas podróży do Chorwacji zgubiliśmy… przednią tablicę rejestracyjną. Jak sobie z tym „fantem” poradziliśmy, możecie przeczytać tutaj. W skrócie – z jedną tablicą przejeździliśmy dwa tygodnie po całej Chorwacji, a potem wróciliśmy do Polski – bez choćby jednego zatrzymania ze strony policji czy celników na granicach. Da się, wystarczy odrobina sprytu i „pomyślunku” 🙂

Rada: w ogóle nie przejmuj się tym punktem. Jeśli nie jeździsz jak wariat, to nic innego, niż to co spotyka Cię w Polsce, nie spotka Cię zagranicą. Ale jak już dostaniesz mandat, to zapłać. Bo tak jest uczciwie, to po pierwsze. Bo w krajach UE i tak z Ciebie go ściągną, a z niezapłaconym mandatem gdzie indziej możesz mieć kłopot przy następnym wjeździe.

Paliwo, ceny i benzyniarze – kanciarze

Jak już wspominaliśmy, paliwo jest głównym kosztowym składnikiem naszych samochodowych podróży. Ale też jest aspektem dbania o samochód – staramy się tankować na dużych, możliwie markowych stacjach. Szczególnie w tych bardziej „egzotycznych” krajach, w których istnieje ryzyko, że wleją nam jakąś miksturę zamiast paliwa. Przy okazji opisywanej wyżej awarii w Albanii pierwszą naszą myślą przy okazji przegrzewającego się silnika było właśnie albańskie paliwo. Potem okazało się, że to nie to, ale i tak zawsze staramy się uważać, gdzie tankujemy.

Nie zawsze da się tego przestrzegać. W Gruzji tankowaliśmy samochód (co prawda nie nasz, a wypożyczony) na „stacji benzynowej” z plastikowych kanistrów. Bo w dystrybutorze paliwo już się skończyło.

Z cenami paliwa bywa naprawdę różnie. Z reguły w krajach UE jest trochę droższe niż u nas i to należy wkalkulować w koszty planowanej podróży. Z reguły też w podróż jedziemy ciężkim samochodem (4-5 osób, bagażnik pełen bagaży, czasem wręcz pod sufit – a samochód mamy niemały) i jedziemy szybkimi drogami, często autostradami. To powoduje zwiększone zużycie paliwa – i znów większe koszty.

Gruzja, tak czasami wyglądają tam drogi...
Gruzja, tak czasami wyglądają tam drogi…
... ale gruzińskie drogi mogą wyglądać też tak
… ale gruzińskie drogi mogą wyglądać też tak

Ceny poza UE najczęściej oscylują wokół cen znanych u nas. Bywa, że da się kupić taniej, często właśnie na Bałkanach (Albania, Bośnia, Serbia). Drogo bywa zawsze w okolicach turystycznych i na autostradach. Choć widywaliśmy też kraje, gdzie ceny w miastach i na autostradach były identyczne. Czasem wręcz ciężko jest stwierdzić, ile tak naprawdę kosztuje nas paliwo. Bo jak przeliczyć ponad 20.000 węgierskich forintów czy podobną kwotę w serbskich dinarach, zapłaconą na stacji, na złotówki ? 🙂 Patrzcie się po prostu na ceny na mijanych stacjach – i tankujcie na tych, na których ceny są najniższe (o ile zapewniają komfort tankowania w pewnym miejscu). Od ciągłego przeliczania co najwyżej się pochorujecie, a tankować i tak trzeba. W którymś z kolejnych wpisów opowiemy o używanych przez nas aplikacjach w podróży – będzie też o takich, które ułatwiają przeliczanie „egzotycznych” walut. Paliwo bywa ekstremalnie drogie – czy to w Skandynawii (ale tam generalnie wszystko jest ekstremalnie drogie) czy np. w Turcji, gdzie paliwo kosztowało nas w przedziale 7-8 PLN za litr.

I jeszcze o jednym rodzaju kantu, który mieliśmy „przyjemność” przeżyć. Akcja miała miejsce w Trebinje, na południu Bośni i Hercegowiny, kraju, gdzie generalnie paliwo jest widocznie tańsze niż u nas. Po podjechaniu pod dystrybutor, zajął się nami „tankowiec”, czyli Pan obsługujący dystrybutor. Rozpoczął nalewanie paliwa, a mi kazał od razu iść do kasy i tam czekać, aż zatankuje, by zapłacić. Rezultat jest taki, że nie widzisz, ile paliwa leje ci ten człowiek do baku. Człowiek w kasie ręcznie wybija ilość paliwa na kasie (nie wiem skąd wie, ile „tankowiec” wlał) – wg wskaźnika paliwa w samochodzie nie powinno dać się wlać więcej niż może 40 litrów, a w kasie wyszło, że wlano mi 60 litrów (to już niemal poziom rezerwy paliwa u nas). Oczywiście po powrocie do auta, licznik na dystrybutorze był już wyzerowany – zero szansy sprawdzenia. Efekt – paliwo wyszło za litr połowę drożej niż w Polsce 🙂

Rada: bierz koszty paliwa pod uwagę przy planowaniu podróży i wyborze kierunku. Tankuj poza centrami turystycznych miast i autostradami. Przewidując koszty załóż koszt paliwa lekko wyższy niż w Polsce – często tak jest. A poza tym zawsze spalisz więcej niż wynika to z odległości podanej Ci przez nawigację czy mapę Google’a (są objazdy, ruchliwe i zapchane centra miast, dodatkowe miejsca zwiedzane poza planem, ciężki samochód itp.)

Autostrady i opłaty drogowe

Podróżując po Europie nie da się ominąć autostrad. Znaczy pewnie da się, ale po co, skoro są najwygodniejsze i najszybsze. Oczywiście i na autostradzie można trafić na korek – staliśmy np. godzinę na autostradzie na południu Francji. Ale najczęściej bywają płatne – i tu też trzeba zwracać uwagę na sposób ich opłacania. No i wliczyć koszty w podróż – jako ciekawostkę podamy konkret – w 2011 r. podczas podróży do hiszpańskiej Andaluzji (Marbella), w obie strony wydaliśmy niemal równo tysiąc PLN na opłaty autostradowe i winiety. Tak, nie kłamiemy. Ale to była długa podróż, wcale nie najkrótszą trasą.

Najwygodniejszymi są oczywiście winiety przylepiane na szybę, kupowane na określony okres czasu (najczęściej w podróży przydają się 7,10 i 30 dniowe), stosowane np. na Słowacji, w Austrii, Rumunii czy Szwajcarii. Ale w Szwajcarii są tylko winiety roczne (40 CHF), więc na jednodniowy tranzyt w czasie podróży to średni pomysł – wiemy, bo sami przejechaliśmy przez Szwajcarię w jeden dzień :). Warto też liczyć, jeśli jedziecie w miesięczną podróż, wracając przez te same kraje. Zamiast kupować tygodniową winietę na Słowację czy Węgry na podróż tam i drugą na podróż z powrotem, zazwyczaj bardziej opłaca się kupić jedną, miesięczną.

Winiety bywają przyklejane na szybę (najczęściej) lub wydawane w formie elektronicznej – tak jest np. na Węgrzech, gdzie zakup jest rejestrowany w systemie ogólnokrajowym. Często na parkingach autostradowych stoją lotne kontrole winietek – trzeba stanąć, pan wklepie w urządzonko w ręce nasz nr rejestracyjny i sprawdzi, czy mamy wykupioną winietę. Te przyklejane też są sprawdzane – mieliśmy takie kontrole policji przy wyjazdach np. ze Słowenii czy Bułgarii.

Naklejka systemu HGS w samochodzie
Naklejka systemu HGS w samochodzie

Osobnym tematem jest winieta turecka, czyli system HGS. Winieta w formie elektronicznej karty przyklejanej na przedniej szybie pod lusterkiem. Można je kupić (trzeba wypełnić formularze rejestracyjne) na autostradach lub tamtejszych pocztach. Winieta ma formę karty pre-paid – kupując ładuje się na nią minimum 20-30 TL i przejeżdża przez autostradowe bramki bez zatrzymywania – kwota za poszczególne przejazdy „schodzi” nam z konta. Później kartę taką można także doładować. Innym przypadkiem jest Bułgaria, gdzie winieta jest obowiązkowa na praktycznie wszystkich drogach poza polnymi 🙂 Tak, tam nawet na dziurawej podrzędnej drodze też trzeba mieć winietę.

Jeśli w danym kraju nie ma winiet, to zazwyczaj płaci się na bramkach za określone odcinki – czyli model jak w Polsce. Często są to bramki bezobsługowe, z podziałem na możliwość płatności gotówką lub kartą. Można się zdziwić – zdarzyło nam się w Hiszpanii podjechać pod bramkę „kartową”, która odrzuciła nam wszystkie posiadane karty. Robi się kłopot, bo za nami tabun wściekłych innych kierowców, a gotówki taka bramka nie przyjmie. Koniec końców podbiegła do nas kobieta z obsługi i wzięła do ręki płatność w gotówce. Inna „śmiechawa” to np. bramki w Irlandii, z koszami do wrzucania bilonu jako opłaty za przejazd. Tylko jak się ma „polski” samochód z kierownicą po lewej stronie, to bilon wrzuca się przez okno pasażera, bo kosz jest po ichniejszej stronie aut 🙂

Rada: na winietach nie oszczędzaj. Nie licz, że uda Ci się przejechać bez nich. Kontrole bywają częste, a kary bolesne. Winietę zawsze kupisz na granicy i na stacji benzynowej.

Marnej jakości drogi

Jeśli traktujecie samochód tak jak my, czyli jako możliwość zjazdu z głównej turystycznej trasy i zobaczenia miejsc, na które innym szkoda czasu, albo nie mogą ich zobaczyć, bo żaden cywilizowany transport tam nie dojeżdża, to nie unikniecie sytuacji spotkania oko w oko z drogą rodem z dzikiego zachodu. Po prostu nie unikniecie. I może to być zarówno Albania, czy Bułgaria, czy Rumunia, czy jakikolwiek inny kraj.

Albania, droga SH100
Albania, droga SH100
Albania, droga SH100
Albania, droga SH100

Albania jest najbardziej nośnym, wręcz stereotypowym przykładem. Choć tam bardzo szybko się to zmienia na plus – teraz już istnieją drogi, których nie ma nasza aktualizowana na bieżąco nawigacja (o niej za chwilę). Ale dość często okazuje się w naszych podróżach, że jakiś obiekt, który mamy zobaczyć stoi na końcu tragicznego wręcz odcinka drogi. Żeby podać przykłady z ostatnich wypadów – wspinaczka drogą o szerokości samochodu na strome wzgórze w albańskim Pogradecu, gdzie miał podobno stać zamek (a go tam nie ma), czy próba wyjazdu pod opuszczone obiekty olimpijskie w Sarajewie, gdzie prawie zostawiliśmy podwozie na kamieniach. W obu przypadkach drogą o jakości czołgowiska musieliśmy cofać bez możliwości zawrócenia. Stromo w dół, w Albanii dodatkowo cofając drogą, którą od przepaści w dół dzieliło może pół metra trawy.

Z głową na karku da się wjechać „normalnym” samochodem prawie wszędzie – nie szarżować i nie próbować na siłę wjechać tam, gdzie nasz samochód po prostu się nie nadaje, lub gdzie nie czujemy się na siłach, by wjechać. Np. w Gruzji z rozmysłem wypożyczaliśmy samochód terenowy – tam duża część turystycznych atrakcji jest dostępna wyłącznie takim samochodem, albo na piechotę. Pierwszy raz jeździliśmy po taaaakich wertepach, frajda nie do opisania. O tym jeszcze będzie przy okazji akapitu o „odmiennościach” w podróży samochodem.

Rada: kup nawigację z mapami Europy. Prawie nigdy nie pokaże Ci ona drogi niezdatnej do użytku. Choć zdarzają się innego rodzaju pomyłki, ale o tym więcej w akapicie o nawigacji.

„Bo tam jeżdżą jak szaleńcy”

E tam. A u Was po osiedlu jeżdżą sami normalni ? 🙂 Owszem, gdzieniegdzie nieco inaczej traktuje się przepisy drogowe. Powiedziałbym, bardziej jak wskazówki niż jak nakazy. Zawsze, także w Polsce, trzymamy się zasady ograniczonego zaufania i obracamy oczy dookoła głowy, starając się przewidzieć wcześniej niespodziewane manewry przed nami.

Bywa, że jeździ się ciaśniej, bywa że wyprzedza się z prawej (czasem poboczem), bywa że wyprzedza się na zakręcie, trąbiąc klaksonem w celu ostrzeżenia dla ewentualnych wyjeżdżających z naprzeciwka zza zakrętu. Ale to nie jest norma i włóżcie między bajki opowieści o niesamowitych ilościach wypadków gdzieś tam w Europie. Przejechaliśmy grube dziesiątki tysięcy kilometrów po całej Europie, w tym po Albanii, Kosowie, Bośni, Serbii czy Gruzji i Turcji, także tej dalekiej, wschodniej. I tak jak napisaliśmy powyżej, nie mieliśmy żadnej drobnej nawet stłuczki. A najnudniej jeździło nam się w… Kosowie. Może dlatego, że spodziewaliśmy się większego rodea niż w Albanii, a było… podobnie, czyli nic nowego.

Skopje, rodzinny środek transportu
Skopje, rodzinny środek transportu
Motocykle i skutery są w Turcji co najmniej trzyosobowe :)
Motocykle i skutery są w Turcji co najmniej trzyosobowe 🙂
Droga ekspresowa SH1 za Durres
Droga ekspresowa SH1 za Durres

Często też za przejaw „szaleństwa” odbieramy zachowania inne, niż przyjęte w naszej kulturze. Na południu kierowcy lubią się zatrzymać na środku drogi i pogadać ze znajomym na ulicy. Trąbią na powitanie. Trąbią, gdy na światłach zaświeci się żółte, a ty jeszcze nie jedziesz. Ogólnie staraj się nie odbierać takich zachowań jako złośliwości – tak wygląda w niektórych miejscach codzienny styl jazdy i poruszania się po drogach. Traktuj to jak folklor – jak ludzi na osiołkach w Grecji czy Albanii, jak motocykle z pięcioosobową rodziną tamże, w Turcji czy Macedonii. I ciesz się, że możesz jeszcze to widzieć – Europa, także ta poza UE, idzie w kierunku „normalizacji”, kiedyś wszyscy będziemy tacy sami, będziemy jeździć tak samo pewnie i przewidywalnie. Pewnie będzie lepiej, ale czy na pewno nie umknie nam część wspomnień ? Nas jakoś wizja „jednakowej” Europy bardziej przygnębia niż podbudowuje. Wciąż kochamy Bałkany za ten odmienny styl, kulturę, temperament – także na drogach. I jakoś wcale nie strasznie bardziej niebezpieczny. O ile w podróży zachowujesz zdrowy rozsądek.

Najlepszą radą, jaką możemy tu zostawić jest: nie chcesz kłopotów, nie jeździj po zmroku. Tym sposobem unikniesz głębokich dziur na środku drogi, traktorów jeżdżących po autostradzie bez oświetlenia, niewidocznych pieszych przebiegających w poprzek przez autostradę czy zwierząt domowych leżących na drodze czy poboczu. A jak już musisz – trzymaj się po ciemku głównych dróg.

Nawigacja

Wg nas niezbędny element wyprawy samochodowej. Z kilku powodów. Po pierwsze – oczywiście świetnie sprawdza się w wyznaczaniu trasy do dowolnego punktu. Oczywiście mówimy tu o nawigacji z mapami całej Europy – nawigacja z mapami Polski poza granicami kraju jest zbędnym balastem w samochodzie. Poza tą jakże oczywistą funkcją, u nas nawigacja spełnia jeszcze kilka innych.

Przede wszystkim nasza nawigacja (ok, podamy nazwę: Automapa) pokazuje w trakcie jazdy prędkość naszą oraz tą dozwoloną w danym miejscu. Tu wracamy do punktu o mandatach – nawigacja potrafi ułatwić panowanie nad jazdą z dozwoloną prędkością i uniknąć przykrych doświadczeń mandatowych.

Nawigacja pozwala też wcześniej przewidzieć manewry, które nas czekają, np. skręty za kilkaset metrów, zjazdy za następnym skrzyżowaniem itp. – to pozwala z wyprzedzeniem ustawić się na określonym pasie jazdy, tak aby np. w ostatniej chwili nie przebijać się w korku w poprzek drogi, bo jechaliśmy prawym pasem, a teraz „kapnęliśmy” się, że musimy skręcić w lewo.

I wreszcie z racji wyznaczania trasy w nawigacji, pokaże nam ona przewidywany czas dojazdu do celu – to daje świetny obraz sytuacji „czasowej” – czy możemy sobie pozwolić na przystanek w jakimś ważnym dla nas miejscu, czy też musimy „pruć” do celu, bo np. hotel przyjmuje gości tylko do godz.21:00 (często tak bywa, że hotele nie mają całodobowej recepcji, albo za późny przyjazd trzeba dopłacać). Zdarzyło nam się do takiego hotelu spóźnić (w austriackim Grazu), na szczęście recepcjonistka pomyślała i zostawiła nam na drzwiach angielskojęzyczną instrukcję, jak znaleźć klucze do hotelu i naszego pokoju.

I jeszcze jedna rzecz z naszego doświadczenia. Czasem (i trwa to do dziś) nabieramy pychy i usiłujemy być lepsi od nawigacji. Zawsze kończy się to wylądowaniem na polnej drodze w bezludnych górach lub innym dziwnym miejscu. I zawsze wygląda to tak, jak w 2015 r. w bośniackiej Srebrenicy, z której mieliśmy jechać do Wiszegradu. Automapa pokazała nam ogromny objazd dookoła lasów i ponad 4 godziny jazdy, podczas gdy na mapie w prostej linii oba miasteczka dzieli raptem nieco ponad 30 km. Włączyliśmy więc Google Maps i… eureka! – mapy Google’a pokazują drogę o połowę krótszą.

Pojechaliśmy więc drogą z map Google’a i… zafundowaliśmy sobie kilkadziesiąt kilometrów jazdy drogą bez nawierzchni po bośniackich górach. Totalny wyjazd poza cywilizację. Bo mapy w Google’u pokazują domyślnie każdy rodzaj drogi, bez względu na jej jakość. Jak nawigacja samochodowa, ustawiona na drogi utwardzone, pokazuje 4 godziny jazdy, to nie marudzić, chyba że lubicie przygody. U nas skończyło się śmiechem i którymś z kolei powtórzeniem reguły – „podróż bez wjechania w wertepy to nie podróż”… Niby to pamiętamy, a przy każdym wyjeździe sytuacja się powtarza 🙂

Bośnia - taką drogą się jedzie, jak się nie słucha nawigacji :)
Bośnia – taką drogą się jedzie, jak się nie słucha nawigacji 🙂

Żeby nie było, że nawigacja jest bezbłędna – to nieprawda. Pomijając nieaktualne mapy, nawigacja potrafi twierdzić, że np. nie ma dostępnej trasy pomiędzy danymi punktami, albo poprowadzić Cię pod prąd na ulicy jednokierunkowej 🙂 Tak mieliśmy w Kosowie, gdzie w mieście Peć, którego starówka jest istnym labiryntem ciasnych uliczek, za cholerę nie mogliśmy dojechać do upatrzonego zabytkowego klasztoru. Bo nawigacja kilkukrotnie kierowała nas pod prąd w jednokierunkowe, a my usilnie odmawialiśmy wjazdu. W końcu posłuchaliśmy (w końcu to Kosowo) i… udało się trafić 🙂

A, i jeszcze jedno. W dzisiejszych czasach nawigacja jest dostępna także w formie aplikacji na telefony komórkowe. Co daje dwa plusy: po pierwsze przednia szyba nie przypomina choinki (bo wisi telefon, podpięty do zestawu głośnomówiącego, nawigacja i jeszcze może kamera samochodowa, rejestrator jazdy). A po drugie w naszym przypadku mamy zawsze jeszcze zapas w przypadku mapy przejazdu zgranej do pliku graficznego, przechowywanego w innym programie – Evernote, także na telefonie. Mamy więc wszystkie potrzebne mapy w jednym urządzeniu. Więcej o Evernote napiszemy w kolejnych wpisach, traktujących o programach używanych przez nas w podróży i o planowaniu trasy).

Rada: nawigacja raczej obowiązkowa. Ale nigdy nie powinna ona wyłączać Twojego myślenia. To tylko program komputerowy, uaktualniany (o ile w ogóle masz licencję na uaktualnienia map) co jakiś czas. A drogi się zmieniają – jedne się remontują, inne powstają na nowo. Nawigacja nie zastępuje rozsądku i czujności na drodze.

Noclegi w samochodzie

Jeśli macie to szczęście posiadania dużego samochodu, możecie się pokusić o zaplanowanie noclegu w nim. To fantastycznie skraca listę wydatków i obowiązków przy planowaniu trasy. Oczywistym jest, że oszczędzacie na noclegach w hotelach czy pensjonatach. Ale to dodatkowo zwiększa wolność w podróży – bo już nie musicie dojechać do zaplanowanego punktu – nie ma wszak na końcu czekającego na Was hotelu. Możecie wybrać dowolne miejsce i spędzić w nim noc (ok, z tą dowolnością to trochę przesadziłem – może bardziej „dowolne bezpieczne” miejsce).

W naszych podróżach coraz częściej traktujemy samochód jako miejsce do spania w podróży. Oczywiście tylko w wypadkach, gdy jedziemy maksymalnie w dwie osoby. Mamy ten „luksus”, że nasze auto po złożeniu siedzeń wszystkich pasażerów otrzymuje idealnie płaską podłogę o wymiarach 120 x 200 cm – czyli jakbyśmy mieli pełnowymiarowe dwuosobowe łóżko. Dodać do tego dmuchany materac, śpiwory i poduszki turystyczne i mamy świetne miejsce do spania, możliwe do „zaparkowania” praktycznie wszędzie.

Samochodowy nocleg w północnych Niemczech
Samochodowy nocleg w północnych Niemczech
Austriacka część Dunaju, zamarznięta szyba po noclegu w samochodzie
Austriacka część Dunaju, zamarznięta szyba po noclegu w samochodzie

Co daje taka opcja. Na przykładzie podróży wzdłuż Dunaju z kwietnia 2015 r. – przejechana prawie cała długość rzeki (a Dunaj ma ponad 2800 km) z czterema zaledwie noclegami w pensjonatach po drodze – w ciągu 16 dni podróży. Nocleg w samochodzie to taka lepsza wersja namiotu – pod sztywnym dachem i z zamknięciem drzwiami i zamkiem elektronicznym. Dzięki takiej organizacji można planowanie trasy ograniczyć do jej wyznaczenia w całości – nie trzeba dzielić na odcinki, nie trzeba codziennie dojechać do konkretnego punktu. Parkujemy samochód tam, gdzie zastaje nas zmrok, rozkładamy siedzenia i „w kimono”.

W trakcie podróży wzdłuż Dunaju tak spałem w Niemczech, Austrii, na Węgrzech, w Rumunii i Bułgarii. Rok wcześniej z 9 dni spędzonych w Gruzji, tylko 3 noce były w pensjonatach w Kutaisi i Tbilisi. Reszta przespana w wypożyczonym terenowym Nissanie, również z płaską podłogą (specjalnie zwracaliśmy uwagę na ten fakt przy wyborze modelu). Z codzienną toaletą jest jak pod namiotem – butla z wodą, stacja benzynowa lub dowolne inne miejsce, w którym jest łazienka lub po prostu bieżąca woda.

Bezpieczeństwo ? Staramy się wybierać na samochodowe noclegi raczej bardziej „cywilizowane” miejsca. Choć z czasem bariera bezpieczeństwa się naturalnie obniża. Zaczynaliśmy od parkingów na autostradach, raczej bezpiecznych i oświetlonych. Ale zdarzyło się spać np. w Rumunii na odludnym odcinku brzegu Dunaju, czy na południu Gruzji, także nad rzeką, w lesie. Jesteśmy na takim etapie, że pewnie jednak długo zastanawialibyśmy się nad taką formą noclegu np. w Albanii, ale wcześniej czy później i to się zdarzy 🙂

Warto też pamiętać, że nie wszędzie spanie w samochodzie jest mile widziane. O ile dobrze kojarzymy, chyba w Chorwacji taka forma noclegu była (może jest nadal) zakazana. Co nie zmienia faktu, że tam też spaliśmy w samochodzie i robi to naprawdę mnóstwo turystów, także z Polski.

Są też minusy. Bywa zimno – podczas kwietniowej podróży wzdłuż Dunaju jeden z noclegów wypadł w austriackich górach. Gdy się budziłem, temperatura rano wynosiła 0 stopni. W nocy jeszcze zimniej. Spałem w spodniach pod trzema śpiworami i nie narzekałem na upał. W drugą stronę – podczas lipcowej podróży po Chorwacji z kolei w aucie było zbyt gorąco (temperatury powyżej 25C w nocy). Uchylić okno można, ale już niewielka szpara sprawia, że jedzą cię komary…

Z rozrzewnieniem wspominam samochód wypożyczony w Gruzji. Terenowy Nissan miał genialną opcję uchylnej tylnej szyby w klapie. Można było ją delikatnie uchylić tak, że był przewiew, a z zewnątrz nie było specjalnie widać, że okno jest otwarte. I chłodniej, i wciąż bezpiecznie. Nasz pojazd niestety tego bajeru nie ma.

Z równym rozrzewnieniem wspominamy też nasz pierwszy wyjazd w ogóle. Wyjazd od Irlandii. Tak w kontekście noclegów w samochodzie – bo wybraliśmy się z Wielkopolski do Irlandii bez choćby jednej rezerwacji noclegu. W piątkę, z pełnym po sufit bagażnikiem. Z dziećmi, z których najmłodsze miały 2 i 4 lata. I nikt… nie wie do dziś, dlaczego tak sobie to zorganizowaliśmy. Ale ten wyjazd dał nam pierwsze doświadczenia, kolejne wakacyjne wyjazdy już zawierały noclegi po drodze. A uwierzycie, że pojechaliśmy samochodem do Irlandii, przez Anglię, zapominając absolutnie o tym, że w Anglii trzeba mieć funty ? Nasze początki były po prostu genialne… A najbardziej genialna była mina kasjerki gdzieś na północ od Londynu, która zobaczyła o 6-tej rano monety euro w mojej ręce, dołączone do kawy, którą już zdążyłem nalać do kubka z automatu… To był ten moment, kiedy skojarzyłem, że tu obowiązują funty… Wyjaśniając – kawę dostałem gratis 🙂

Rada: jeśli masz duży samochód, w którym wygodnie można się rozłożyć (wyprostować), rozważ wykorzystanie go jako noclegu. To świetna przygoda 🙂

„Odmienności” w przepisach drogowych

Tu raczej obędziemy się bez rad, to już sprawa bardzo indywidualna. Rzecz dotyczy wyjazdów do krajów, w których przepisy różnią się znacznie od polskich. Lub zmieniania własnych przyzwyczajeń drogowych.

Najłatwiejszą do wytłumaczenia „odmiennością” w przepisach ruchu drogowego jest lewostronny system poruszania się po drogach. Obowiązujący nie tak całkiem daleko, bo w Wlk.Brytanii, Irlandii, na Malcie czy Cyprze. My jakoś tak mamy, że to bardziej nas przyciąga, jak zniechęca (pierwszy raz do Albanii też pojechaliśmy właśnie dlatego, że przyciągała nieznanym). Może z załapaniem zasad mieliśmy trochę łatwiej, bo pierwszy raz pojechaliśmy do Irlandii własnym samochodem, z polskim układem kierownicy. Odpada połowa kłopotu – trzeba się nauczyć jazdy lewą stroną, ale nie trzeba jednocześnie uczyć się zmieniać biegów lewą ręką 🙂 I tak bez wpadek się nie obyło, ale po dwóch tygodniach tak wsiąkłem, że wracając promem do Francji, wyjechałem w Calais, już po stronie francuskiej, także jadąc… lewą stroną 🙂

Na głęboką wodę wrzuciliśmy się w 2015 r. dwukrotnie, lecąc najpierw w lutym na Maltę, a potem w październiku na Cypr i wypożyczając tam miejscowe samochody. Na obu wyspach ruch jest lewostronny, w wypożyczalniach też samochody z kierownicą wyłącznie po prawej stronie. I chyba dzięki doświadczeniu z Irlandii poszło jeszcze łatwiej. Owszem, było trochę śmiechu, gdy szukałem dźwigni zmiany biegów w schowku na drzwiach, a pasów bezpieczeństwa na środku samochodu, ale z jazdą lewostronną jest chyba jak z jazdą na rowerze – raz nauczony człowiek nie zapomina, kwestia krótkiej wprawy i wraca się do dawnych nawyków z poprzednich wyjazdów.

Uwaga praktyczna – zawsze gdy odbieramy samochód w ruchu lewostronnym z wypożyczalni, pierwszy dzień planujemy sobie raczej poza wielkimi miastami. Tak by dać sobie czas na przyzwyczajenie do nowych warunków. Zwiedzamy jakieś kościoły na prowincji, ważniejsze atrakcje dookoła miasta – ale do miasta wjeżdżamy na koniec dnia, na nocleg. Następne dni już idą jak z płatka.

Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem
Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem
Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem
Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem

Drugi aspekt „inności” to przesiadka na inny samochód. Np. na samochód z automatyczną skrzynią biegów, wypożyczony w Gruzji. Pewnie byłoby bardzo słabo, gdyby znajomy nie dał mi się przejechać w Poznaniu swoim samochodem z automatem przed wyjazdem do Gruzji. A i tak po odebraniu samochodu z wypożyczalni, nie chciał mi ruszyć (obyci z automatem zrozumieją – używałem lewej nogi do puszczania hamulca przy ruszaniu). Na głównej arterii w Tbilisi zrobiłem jeszcze większą głupotę – zajęty patrzeniem w nawigację w telefonie, z nawyku „zmieniłem” bieg w trakcie jazdy na skrzyni automatycznej. „Zmieniłem” z trybu jazdy na tryb… parkingowy. Efekt – na głównej ulicy miasta samochód stanął z piskiem jak wryty. Po prostu wyhamował na kilkunastu metrach… Gdyby ktoś jechał za mną, dosłownie „dupa zbita” 🙂 Na szczęście nie jechał. A ja stanąłem, umocowałem porządnie telefon z nawigacją na szybie żeby nie trzymać go więcej w ręce, skupiłem się na nowych nawykach i więcej nic złego się nie stało. A jazda automatem to jedno z lepszych podróżniczych doświadczeń w moim życiu. Czysta przyjemność.

Inna przyjemność, związana z gruzińskim wyjazdem, to samochód 4×4. No normalnie odjazd. Jeździłem po drogach, po których w życiu nie pojechałbym własnym samochodem. Wyjeżdżałem na góry, na których chyba pieszo połamałbym sobie nogi. Nigdy wcześniej nie prowadziłem terenówki, nigdy później też. Ale żadna to sztuka, a frajda jest naprawdę wyjątkowa.

Nie swój, a wypożyczony

Własny samochód w podróży to duży plus, ale nie za wszelką cenę. Czasem warto zamienić własny na wynajęty. Dowiezienie własnego w niektóre miejsca jest po prostu bez sensu, bo generuje ogromne koszty. Tak jest wyprawami na wyspy (wypożyczaliśmy samochody na Sardynii, Cyprze czy Malcie) czy w dalekie rejony (wschodnia Turcja czy Gruzja). Z reguły wypożyczenie kręci się w okolicy 100 zł za dobę lub mniej – wyjątkiem była Gruzja, ale tam wypożyczałem wypasione 4×4 ze względu na specyfikę dróg w tym kraju.

Wypożyczony w Van Ford Fiesta (zdjęcie robione nad jeziorem Van)
Wypożyczony w Van Ford Fiesta (zdjęcie robione nad jeziorem Van)

Co warto wiedzieć przy wynajmie samochodu ? Generalnie trzeba mieć kartę kredytową, na której robiony jest przy odbiorze samochodu zastaw na poczet kosztów pokrycia ewentualnych szkód – standardowe ubezpieczenie nigdy bowiem nie pokrywa całości ewentualnej szkody. Dobrowolnie można dokupić (za średnio kilka – kilkanaście euro za dobę) dodatkowe ubezpieczenie, znoszące naszą odpowiedzialność całkowicie – w takim wypadku karta nie jest potrzebna, zastaw nie jest robiony. Chyba warto je mieć – pamiętamy nasz wyjazd na Sardynię i głęboką rysę na drzwiach, znalezioną po pierwszej nocy na wyspie. Humor zepsuty, cały dzień też, do końca niepewność co będzie przy odbiorze – koniec końców żadnych kosztów nie było. Ale szkoda nerwów podczas podróży.

Czasem przy odbiorze auta, szczególnie w kraju poza UE, żąda się niecodziennych rzeczy. Na wschodzie Turcji konieczne było np. podanie tureckiego numeru telefonu – mojego, jako kierowcy. Akurat nie był to problem, bo wcześniej i tak wykupiliśmy kartę SIM z internetem (nawigacja w telefonie, mapy Google, rezerwacje hoteli itp.), ale niektórych może to niemiło zaskoczyć.

Najczęściej samochód oddajemy w tym samym miejscu, w którym go wypożyczyliśmy. Opcja oddania w innym punkcie tej samej sieci wypożyczalni generuje dodatkowe koszty. Ale we wspomnianej Turcji nie było problemem wypożyczenie samochodu np. na lotnisku, a oddanie w centrum miasta (tego samego oczywiście). Ale takie rzeczy „dogadywaliśmy” już na miejscu, w wypożyczalni.

Standardowo wypożyczonym samochodem nie wolno wyjeżdżać poza terytorium kraju, w którym się go wynajęło. Warto o tym pamiętać. Nie ma też w standardzie nawigacji (mamy ją w telefonie, zawsze bierzemy ze sobą samochodowy uchwyt na telefon) i fotelików dziecięcych – wszystko to są opcje dodatkowo płatne. Warto czytać warunki ubezpieczenia standardowego, bo czasem nie obejmują one np. uszkodzeń szyb czy opon. Tu znów nasza historia, tym razem z Malty. Nigdy nie mieliśmy we własnym aucie wypadku, stłuczki, czy choćby „gumy” podczas podróży. A w wypożyczonym aucie na Malcie gumę złapaliśmy. Była wymiana koła na zapas z bagażnika i znów myślenie – doliczą coś czy nie. Znów nie doliczyli. W samochodzie z wypożyczalni nie pali się też papierosów.

Osobny temat to kwestia odbioru samochodu i paliwa w nim. Najczęściej stosowany jest model full – full. Odbierasz pełny bak, oddajesz pełny bak. Czyli tankujesz na ostatniej stacji przed oddaniem samochodu – nic nie dokładasz do paliwa. Ale np. na Cyprze na lotnisku dostaliśmy samochód w modelu empty – empty. Czyli – możesz wziąć prawie pusty i oddać pusty. W praktyce nikt nie chce samochodu z pustym bakiem, bo nie wypożycza się samochodu, żeby zaczynać jego użytkowanie od poszukiwania stacji benzynowej w obcym kraju. Więc wypożyczalnia „uczynnie” oferuje zatankowanie samochodu – oczywiście cena jest nieco wyższa niż na stacjach benzynowych. Druga rzecz – to jak oddać samochód z pustym bakiem – raczej ciężko trafić, więc zawsze oddacie w baku jakieś paliwo, za które nikt Wam kasy nie zwróci. Cóż, taka specyfika Cypru.

Środek transportu i hotel w jednym, czyli wypożyczony Nissan Pathfinder
Środek transportu i hotel w jednym, czyli wypożyczony Nissan Pathfinder
Wypożyczony w Diyarbakir Ford Fiesta (zdjęcie robione w Hasankeyf)
Wypożyczony w Diyarbakir Ford Fiesta (zdjęcie robione w Hasankeyf)
Cypr, nasze wypożyczone cacuszko :)
Cypr, nasze wypożyczone cacuszko 🙂

W dzisiejszych czasach nie ma w wypożyczalniach limitu dziennego przebiegu, przynajmniej w tych „markowych”. Ale to też jest element umowy, który warto sprawdzać, możecie trafić na ograniczenie limitu przejechanych kilometrów, które podczas objazdówki łatwo można przekroczyć, co wiąże się z dopłatą za każdy „nadmiarowy” kilometr.

Rada: jeżeli planujesz zwiedzanie odległego kraju lub konkretnego regionu, rozważ zamiast jazdy własnym autem, np. lot samolotem i wypożyczenie samochodu na miejscu. Często bywa to istotnie tańszy wariant.

Podsumowanie

Chcemy Wam tym tekstem pokazać praktyczne aspekty podróżowania (tego bliższego i dalszego) własnym i nie tylko samochodem po całej Europie. Chcemy zwrócić uwagę, że to nie jest proste „wsiadam i jadę” tym samym pojazdem, którym codziennie jadę do pracy. Owszem, pojazd często ten sam, ale dłuższa podróż to dłuższa lista rzeczy, o których trzeba pamiętać. Czasem dłuższa lista warunków, do których trzeba się dostosować. Ale też dłuższa lista możliwości do wykorzystania.

Samochód jest dla nas bramą do podróży. Jedziemy gdzie chcemy, oglądamy wszystko co chcemy w założonym czasie. Wciąż jest i będzie naszym podstawowym środkiem podróżniczej lokomocji – bo wciąż wolimy spędzać czas na zwiedzaniu, poznawaniu nowych miejsc i ich historii, a nie na rzeczach związanych z organizacją „obcego” transportu w podróży.

Nie odbierajcie tego wpisu jako „biblii samochodowego podróżowania”. Nie każdy chce jechać 12 tysięcy kilometrów samochodem w 30 dni, od rana do wieczora szukając ciekawych miejsc w najbardziej zapyziałych kątach naszego kontynentu. W ogóle nie każdy lubi jazdę samochodem – ja, piszący ten tekst, uwielbiam ją – i pewnie stąd taka forma podróży w naszym wydaniu. Przekaz jest taki – forma podróżowania jest nieistotna. Ważne, żeby z podróży wynieść to, co dla Was jest istotne. Podróż jest dla Was – dla Waszej rodziny, dla Waszych pasji, dla Waszego zadowolenia.

A jeśli wybierzecie podróż samochodem – być może rady „wujostwa” tamBylskich na coś się Wam przydadzą. Być może nie powtórzycie naszych błędów, być może zrobicie inne. Może i dobrze, bo te błędy to jeden z tych elementów, które najłatwiej zapamiętuje się z podróży. I potem opowiada się je latami jako anegdotki w węższym lub szerszym gronie rodziny czy znajomych. A przecież głównie o wspomnienia nam chodzi w podróżach, czyż nie ? 🙂

Jak bardzo przydatny jest dla Ciebie ten artykuł?

Kliknij na odpowiednią gwiazdkę i oceń treść

Dotychczasowa średnia ocena / 5. Ilość opinii:

Jeśli nasz artykuł jest dla Ciebie przydatny...

podziel się nim ze znajomymi 🙂

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o