Kachetia: monaster Dawid Garedża i miasto Signagi

Smakoszom wina Kachetii przedstawiać nie trzeba, ten region to stolica gruzińskiego szlachetnego trunku. Ale to nie jedyna atrakcja. Równie prawdziwe byłoby „Kachetia monasterami stojąca” – ilość prawosławnych cerkwi i klasztorów nie ustępuje tu ilości winnic.

0

Smakoszom wina Kachetii przedstawiać nie trzeba, ten region to stolica gruzińskiego szlachetnego trunku. Ale to nie jedyna atrakcja. Równie prawdziwe byłoby „Kachetia monasterami stojąca” – ilość prawosławnych cerkwi i klasztorów nie ustępuje tu ilości winnic.

Gruzja 2014, dzień 3 (poprzedni wpis: Pierwszy dzień w Tbilisi). Nocleg w Tbilisi upłynął bez większych przygód. Rano zabieram tobołki (czyt. plecak) i żegnam się na pięć dni z gospodarzem w Guesthouse’ie Nice – jeszcze tu wrócę po zakończeniu samochodowego objazdu Gruzji. A teraz czas na odebranie czterokołowego cacka – mojego domu na najbliższe pięć dni. Wyjście na ulicę Kote Abkhazi niemal natychmiast skutkuje zatrzymaniem taksówki i za 7 GEL dojeżdżam na ulicę Erekle Tatiszwili, gdzie mieści się firma o szumnej nazwie „Jeep Rent LTD”, czyli wypożyczalnia samochodów.

Samochód na potrzeby gruzińskiej wyprawy rezerwowałem z dużym wyprzedzeniem (wyjazd w czerwcu, rezerwacja w styczniu). Po początkowych problemach (strona podawała inne ceny niż obowiązywały w czerwcu – podobno nie była jeszcze w styczniu przygotowana do cen w szczycie sezonu), cała reszta poszła sprawnie – cena uzgodniona mailowo wynosiła sporo – 80$ za dobę – wypożyczany samochód to terenowy Nissan Pathfinder 3.5l. Dopłata za GPS wynosi 10$ za dobę – zrezygnowałem – gruzińska karta SIM + pakiet internetowy + mój telefon + Google Maps – taki był mój plan na nawigację samochodową.

Środek transportu i hotel w jednym, czyli wypożyczony Nissan Pathfinder
Środek transportu i hotel w jednym, czyli wypożyczony Nissan Pathfinder
Wyschnięte jezioro tuż przed wsią Udabno
Wyschnięte jezioro tuż przed wsią Udabno
Udabno, "polski" Oasis Club
Udabno, „polski” Oasis Club
Udabno, "polski" Oasis Club
Udabno, „polski” Oasis Club
Udabno, "polski" Oasis Club
Udabno, „polski” Oasis Club
Udabno, "polski" Oasis Club i polskie danie :)
Udabno, „polski” Oasis Club i polskie danie 🙂
Udabno, "polski" Oasis Club i Pan Tadeusz po rosyjsku
Udabno, „polski” Oasis Club i Pan Tadeusz po rosyjsku

Na miejscu Nino, czyli kobieta, z którą korespondencyjnie załatwiałem rezerwację, zaskoczyła mnie promocją – cena spadła do 65$ za dobę. W życiu nie zrozumiem idei dawania zniżki klientowi, który zaakceptował już cenę – ale przecież kłócił się nie będę 🙂 Do wypożyczenia samochodu potrzebne są standardowe dokumenty – paszport i polskie prawo jazdy. Z góry opłaca się całą rezerwację, a dodatkowo trzeba zostawić 200$ jako zwrotną kaucję. W tej konkretnej wypożyczalni można płacić bezpośrednio dolarami, lub po przeliczeniu gruzińskimi lari, a nawet w euro. A nawet kartą 🙂 Gdy odbierałem swojego Nissana, wypożyczalnia nie miała już żadnych wolnych samochodów, wszystkie zostały wypożyczone (skąd więc ta promocja ? ;-)) wraz z kierowcami – taką usługę też można w car-rent.ge zamówić.

Dla polskich kierowców, w większości przyzwyczajonych do manualnej skrzyni biegów – wszystkie samochody w car-rent.ge są automatami (to chyba standard w tamtejszych wypożyczalniach). Jeśli ktoś wcześniej automatem nie jeździł, radzę poszukać znajomych z automatem i choć przez chwilę spróbować „przestawić” się już w Polsce. No i zaznajomić się z oznaczeniami transmisji w samochodzie (P,D,N,R itp.). Bo bez tego będzie Wam i ciężko w ogóle z samochodem na początku, a już wyjechanie automatem pierwszy raz w życiu na zatłoczone centrum Tbilisi (w którym leży wypożyczalnia) trącić będzie już lekkomyślnością. Ja, choć miałem za sobą półgodzinne „szkolenie” w Polsce, i tak potrafiłem odruchowo „zmienić bieg” w automacie w trakcie jazdy, na ruchliwej przelotówce w Tbilisi (co zaskutkowało oczywiście hamowaniem samochodu z piskiem opon). Ale na tym przygody z przystosowaniem do automatu na szczęście się skończyły.

Przez całe 5 dni, w związku z ogromną radochą z jazdy po Gruzji, i w związku z brakiem potrzeby, nie zdążyłem zaglądnąć do „papierów” samochodu, więc nie wiem, jak bardzo był wiekowy. Najnowszy nie był na pewno, wnioskując po wyglądzie wnętrza (nie to, żeby był zniszczony, był po prostu „w starszym stylu”, miał nawet kieszeń na… kasety magnetofonowe 🙂 Na pewno była to wersja amerykańska, bo licznik prędkości wyskalowany był w milach, co automatycznie zwolniło mnie z wyrzutów sumienia nt. zbyt szybkiej jazdy 🙂 Żart. Lekko telepała się tylna klapa bagażnika, ale kto by się tam tym przejmował. Ważne, że działało gniazdo zapalniczki – cała moja elektronika miała być przez 5 dni z niego ładowana i wiązałem z nim ogromne obawy.

W drodze do monasteru Dawid Garedża
W drodze do monasteru Dawid Garedża
W drodze do monasteru Dawid Garedża
W drodze do monasteru Dawid Garedża
Monaster Dawid Garedża
Monaster Dawid Garedża
Monaster Dawid Garedża
Monaster Dawid Garedża
Monaster Dawid Garedża
Monaster Dawid Garedża
Monaster Dawid Garedża, grobowiec założyciela, mnicha Dawida z Garedży
Monaster Dawid Garedża, grobowiec założyciela, mnicha Dawida z Garedży

Poza jedną opisaną wyżej przygodą, nic się więcej nie działo i z Tbilisi udało mi się wyjechać w pożądanym kierunku (Google Maps działa :)). Za miastem postój i „obczajanie” samochodu, a przede wszystkim sprawdzenie, czy rzeczywiście (tak jak wyczytałem przed wyjazdem w sieci) złożenie tylnych siedzeń zaowocuje płaską podłogą w samochodzie – wszak miałem w nim 5 nocy spać – specjalnie po to zabierałem do Gruzji śpiwór i karimatę. I znów pełny sukces – podłoga płaska jak… nie powiem co. Koniec emocji związanych z samochodem, wracam do trybu zwiedzania. W końcu wjeżdżam do Kachetii. I teraz trochę o niej.

Na początek małe nawiązanie do naszej lutowej podróży po wschodniej Turcji i do formacji uważanej za szczątki Arki Noego, leżącej nieopodal tureckiego Doğubeyazıt. Otóż wg Księgi Rodzaju podczas biblijnego potopu wyginęła cała populacja ludzka, za wyjątkiem rodziny Noego, która na nowo zapoczątkowała plemię ludzkie. I teraz mała wycieczka po drzewie genealogicznym Noego: miał on trzech synów, wśród których był Jafet. Najstarszym synem Jafeta był Gomer, który z kolei miał trzech synów, wśród których najmłodszy był Togarma.

Tenże Togarma uważany jest za praprzodka wszystkich ludów Kaukazu, ze szczególnym uwzględnieniem Gruzinów, Ormian i części Turków. On znów miał kilku synów (uważanych za „ojców” poszczególnych kaukaskich ludów), w tym jednego o imieniu Kartlos. Kartlos wg podań założył prowincję Kartli, a potem zjednoczył gruzińskie ludy w jeden naród. Ale opowieśc o Kachetii nie dotyczy Kartlosa, a następnego pokolenia i jego syna Kafosa – to on jest uważany za twórcę Kachetii. Prawda „historyczna” o Kachetii pojawia się w VIII w., kiedy to istniało już księstwo Kachetii ze stolicą w Telavi. Później przywódcy Kachetii aktywnie uczestniczyli w próbach zjednoczenia narodów gruzińskich, a gdy to w końcu nastąpiło, Kachetia stała się silnym ośrodkiem administracyjnym.

Wzgórze nad monasterem Dawid Garedża, widok na stronę gruzińską...
Wzgórze nad monasterem Dawid Garedża, widok na stronę gruzińską…
...i widok na stronę azerską
…i widok na stronę azerską
Panorama Azerbejdżanu
Panorama Azerbejdżanu
Granica gruzińsko-azerska
Granica gruzińsko-azerska
Monaster Dawid Garedża, skalne groty
Monaster Dawid Garedża, skalne groty
Monaster Dawid Garedża, skalne groty od strony Azerbejdżanu
Monaster Dawid Garedża, skalne groty od strony Azerbejdżanu

Gdy Gruzja rozpadała się w XV w., Kachetia stworzyła z powrotem własne państwo, tym razem królestwo, ze stolicą w Gremi. Ale gdy w XVII w. Gremi zostało zniszczone przez Persów, stolicą znów zostało Telavi – i jest nią do dziś. Na początku XIX w., razem z całą Gruzją, Kachetia została anektowana przez Rosję. W 1991 r., gdy Gruzja odzyskiwała niepodległość, Kachetia została jedną z jej prowincji.

Dziś Kachetia kojarzy się przede wszystkim z winnicami i winem, jest niekoronowaną perłą gruzińskiego winiarstwa. Całą Kachetia usłana jest brązowymi tablicami drogowymi z napisem „Wineroute”, prowadzącymi do kolejnych winiarni. Wino domowej roboty wytwarzane jest praktycznie przez wszystkich i jego kupienie nie stanowi absolutnie żadnego problemu – wręcz trudno jest go nie kupić. Ale Kachetia to także kraina wręcz usłana zabytkami sakralnymi, cerkwiami i monasterami, o naprawdę długiej historii. Często są to perełki architektoniczne czy artystyczne. I do tej właśnie Kachetii zawitałem – i za winem, i za chęcią zobaczenia tychże monasterów, rozsianych po całym regionie.

Pierwszym celem jest jedna z turystycznych ikon Gruzji – skalny monaster Dawid Garedża (David Gareji), oddalony od centrum Tbilisi o mniej więcej 100 km. Ta setka była w sam raz, żeby przyzwyczaić się na prostej, dobrej asfaltowej drodze do jazdy nowym samochodem. Trasa właściwie bez historii, na drodze S5 za Sagaredżo (Sagarejo) jest wyraźnie oznaczony skręt w prawo, a dalej już prosto do celu. Pierwszą zauważalną atrakcją (poza spalonym słońcem, momentami stepowym wręcz krajobrazem) stało się wyschnięte, słone – sądząc po pozostałym białym osadzie – jezioro tuż przed miejscowością Udabno. Mocno kontrastowało z wyschniętą zielenią pagórków dookoła.

Kolorowy krajobraz po gruzińskiej stronie Dawid Garedża
Kolorowy krajobraz po gruzińskiej stronie Dawid Garedża
Droga w okolicach Udabna
Droga w okolicach Udabna
Droga w okolicach Udabna
Droga w okolicach Udabna
Monaster Bodbe
Monaster Bodbe
Monaster Bodbe
Monaster Bodbe
Monaster Bodbe, zabudowania gospodarcze
Monaster Bodbe, zabudowania gospodarcze
Monaster Bodbe
Monaster Bodbe

Wspomnieć należy o samym Udabnie, bo warto. W środku tej niepozornej, wydawałoby się zapomnianej wsi niedaleko granicy z Azerbejdżanem, ok.10 km przed monasterem, przy głównej drodze, stoi niezbyt reprezentacyjny, biały budynek, wyglądający nieco jak poskładany z białych klocków. Dużych klocków. To restauracja Oasis Club. Nie byle jaka restauracja, co widać już na wejściu, gdzie dumnie, obok gruzińskiej, wisi także… polska flaga. Aż dziw bierze, że na pomysł miejsca, w którym można wypocząć przed – a zwłaszcza po – zwiedzaniu monasteru (wierzcie, mi przy ponad 30-tu stopniach w cieniu – a gdzie tam znaleźć cień ?, przybytek z zimnymi napojami to zbawienie), nie wpadli miejscowi, musieli to zrobić przybysze z dalekiej Polski.

Oasis Club jest dość znany wśród odwiedzających, lub planujących odwiedzić Gruzję. Jak nie przeczytacie o niej przed wyjazdem, to na pewno natkniecie się nań podczas wyprawy do Dawid Garedża. Naprawdę sporo Polaków tam się musi przewijać, bo podczas może godziny pobytu słyszałem mnóstwo polskich głosów, podjeżdżających kolejnymi samochodami i busami wycieczkowymi. Gospodarzy możecie znaleźć na Facebooku lub poczytać o nich w dość licznych artykułach, ot choćby w Wysokich Obcasach (dodatku do Wyborczej). Ludzie z pasją, lokal z klimatem.

Choć podczas planowania wyjazdu czytałem o Oasis Club, nie planowałem stopu. Ale na takim odludziu polska flaga sprawia, że człowiek zatrzymuje się automatycznie. Z chęci zobaczenia tego miejsca z bliska zrobiły się dwie wizyty – nie mogłem nie skorzystać z zaproszenia na „ziemniaki ze zsiadłym mlekiem” w drodze powrotnej z monasteru, choć z początku propozycja wydawała się jakaś abstrakcyjna 🙂 Tyle że po saunie, jaką zafundowała mi pogoda i wspinaczka pod granicę azerbejdżańską, zdecydowanie zmieniłem zdanie.

Panorama Signagi
Panorama Signagi
Signagi, XVIII-wieczne mury obronne
Signagi, XVIII-wieczne mury obronne
Signagi, wejście na jedną z wież obronnych, z cerkwią św.Stefana wewnątrz
Signagi, wejście na jedną z wież obronnych, z cerkwią św.Stefana wewnątrz
Signagi, we wnętrzu dawnej wieży obronnej
Signagi, we wnętrzu dawnej wieży obronnej
Signagi, kościół św.Stefana we wnętrzu dawnej wieży obronnej
Signagi, kościół św.Stefana we wnętrzu dawnej wieży obronnej
Signagi, kościół św.Jerzego
Signagi, kościół św.Jerzego

W Oasis Club znajdziecie i zimne napoje (niektóre zimne, ale rozgrzewające, np. znany lokalny napitek – Żołądkowa Gorzka :)) i coś do zjedzenia, w większości frykasy typowej kuchni gruzińskiej. Ale znajdziecie tu i zupę pomidorową, i wspomniane ziemniaczki ze zsiadłym mlekiem. Wielojęzyczna klientela, w momencie mojego pobytu z przewagą polskiego, tworzy niesamowitą atmosferę, kontrastującą z surowym, spalonym słońcem otoczeniem. Ascetyczne wnętrze (aczkolwiek urządzone z klimatem) tylko dodaje smaczku. Jest tu coś, co sprawia, że człowiek czuje się trochę u siebie.

Ale miał być monaster. Z Udabna do monasteru Dawid Garedża jest jakieś 10 km, ale droga za Udabnem, wcześniej widocznie pogarszając swoją jakość na zjeździe z głównej S5 za Sagaredżo, teraz zamienia się najpierw w mocno dziurawy asfalt, potem grunt ze śladami asfaltu, by na końcu stać się typowym szutrem. Ale nie jest bardzo źle, przejazd samochodem osobowym nie sprawi problemów. A widoki rekompensują niedostatki komfortu jazdy.

Dawid z Garedży był mnichem, pochodzącym z Syrii. Do ówczesnej Iberii przybył wraz innymi mnichami (tzw. Trzynastu Ojców Syryjskich), by popularyzować ideę życia zakonnego. Dziś uznaje się, że to dzięki nim na terenie dzisiejszej Gruzji wybudowano tak wiele monasterów. Dawid osiadł na tych terenach, tworząc własny monaster. Z czasem dołączali do niego naśladowcy, zostając jego uczniami i stopniowo budując kolejne monastery, z których powstał cały kompleks. Dawid z Garedży zmarł w drugiej połowie VI w., jego grobowiec znajduje się na terenie monasteru do dziś. Przykryty jest kamieniem, który mnich zabrał z pielgrzymki do Jerozolimy.

Signagi, ratusz miejski
Signagi, ratusz miejski
Signagi, miejsce upamiętniające ofiary II wojny światowej
Signagi, miejsce upamiętniające ofiary II wojny światowej
Signagi, miejsce upamiętniające ofiary II wojny światowej
Signagi, miejsce upamiętniające ofiary II wojny światowej

Złote czasy monasterów wypadły na najlepszy okres średniowiecznej Gruzji, XI – XIII w., kiedy to nastąpiła największa ich rozbudowa. Pod koniec XIII w. zostały zniszczone podczas najazdu Mongołów, ale największe zniszczenia poczynili Persowie na początku XVII w., niszcząc mienie oraz mordując mnichów. Ale zamknąć klasztor potrafili dopiero bolszewicy w 1921 r., ponownie odżył on dopiero w 1991 r. po odzyskaniu przez Gruzję niepodległości. Monaster Dawid Garedża jest uznawany w Gruzji za jeden ze skarbów narodowej kultury, co powoduje zatargi z sąsiednim Azerbejdżanem, jako że cały kompleks leży praktycznie na granicy obu państw, a częściowo na terenie Azerbejdżanu (państwa islamskiego) właśnie.

Droga prowadząca do kompleksu kończy się przy właściwym, użytkowanym do dziś monasterze, którego część jest wyłączona ze zwiedzania ze względu na prywatność mieszkających tu (podobno kilku) mnichów. Można ich spotkać przed monasterem, gdzie prowadzą mały sklepik z m.in. winem. Największe wrażenie robią oczywiście wykute w skale cele mnichów, widowiskowo usytuowane we wzgórzu, pnącym się ku granicy. Wewnątrz kompleksu znajdziemy także świątynię, w której znajduje się wspomniany już grobowiec Dawida z Garedży, dziś uznawanego za świętego kościoła prawosławnego.

Chyba większa atrakcja kryje się na wzgórzu, na którego zboczu leży monaster. Tuż obok mniszego sklepiku rozpoczyna się stroma ścieżka – choć w początkowej fazie słowo ścieżka jest nieodpowiednie, to bardzo stroma pokryta kamieniami i prowadząca po skałach dróżka – idąca na szczyt. Nie wiem, jak wysokie jest to wzgórze, ale wspięcie się na nie, szczególnie w letnim gruzińskim upale, może być dla niektórych wyzwaniem. Zapewniam jednak, że warto podjąć ten wysiłek. Powody są dwa.

Po pierwsze ze szczytu wzgórza można zobaczyć Azerbejdżan. I to nie tak po prostu zobaczyć – widok jest zaiste nieziemski. Bezludny krajobraz aż po horyzont. No i można potem powiedzieć, że było się w Azerbejdżanie 🙂 Przez szczyt wzgórza przebiega bowiem granica gruzińsko-azerska, zdaje się, że jest nią prowizoryczny płotek, ciągnący się wzdłuż szczytu. No i tenże Azerbejdżan można „zaliczyć” bez wizy 🙂

Signagi, cerkiew w centrum miasta
Signagi, cerkiew w centrum miasta
Signagi, cerkiew w centrum miasta, dzwonnica
Signagi, cerkiew w centrum miasta, dzwonnica

Druga sprawa to tak naprawdę prawdziwe oblicze Dawid Garedża. Monaster na dole jest bowiem stosunkowo mało atrakcyjny przez ograniczenie dostępnej do zwiedzania powierzchni. Prawdziwe cuda są właśnie na wzgórzu – to tu znajdziecie skalne miasto – jaskinie, wydrążone w skale, które spełniały kiedyś funkcje mieszkalne oraz religijne. To tu znajdowało się wiele świątyń, to tu do dziś oglądać można pozostałości fresków, malowanych tysiąc lat temu.

Idąc ścieżką wzdłuż granicy, obejdziemy tak naprawdę dolny monaster, na końcu wzgórza będzie ścieżka z powrotem w dół, prowadząca m.in. obok groty ze źródłem wody pitnej, które służyło jako jedyne za zaopatrzenie w wodę pitną mieszkającym w monasterze mnichom. To tzw. „łzy Dawida”.

Cała wizyta w Dawid Garedża, z wejściem na wzgórze z granicą azerską i zejściem z powrotem, zajęła mi nieco ponad 2 godziny. Po tych 2 godzinach na odkrytej przestrzeni klimatyzowany samochód to prawdziwy luksus. No i to zaproszenie na ziemniaki w Oasis Club już nie brzmiało tak abstrakcyjnie. Organizm zdecydowanie potrzebował doładowania.

Signagi, cerkiew w centrum miasta
Signagi, cerkiew w centrum miasta

Kolejnym celem jest Signagi. Ok, nie do końca, bo zanim będzie Signagi, wcześniej w planie jest monaster Bodbe, jedno z najświętszych dla Gruzinów miejsc. Monaster Bodbe leży zaledwie 2 km przed Signagi (jadąc z kirunku od Tbilisi), zjazd w boczną drogę do niego prowadzącą jest dobrze oznakowany. Noszący imię św.Nino klasztor żeński, wybudowany w IX w. (choć wg podań istniał dużo wcześniej, ponoć wybudowano go zaraz po śmierci świętej, w miejscu gdzie została pochowana), jest popularnym celem pielgrzymkowym.

Kim była święta Nino (tak, Nino to imię kobiece). Wg legend przybyła ona na tereny dzisiejszej Gruzji w IV w., głosząc nauki chrześcijańskie i nawracając m.in. ówczesną parę królewską Iberii. Nawrócony król Mirian III przyjął chrześcijaństwo (co nastąpiło ok.337 r.) – ten moment uważa się za oficjalne przyjęcie chrześcijaństwa przez Gruzję, co sprawia że jest ona uznawana za drugi historycznie kraj, oficjalnie przyjmujący chrześcijaństwo (po Armenii, która przyjęła nową religię bodajże w 301 r.). Święta Nino jest dziś jedną z najbardziej czczonych świętych w gruzińskim kościele prawosławnym. Jej grobowiec nadal znajduje się na terenie klasztoru.

Oprócz funkcji religijnych i klasztornych, kompleks przez wieki spełniał również rolę kulturalną i edukacyjną. Siostry zakonne prowadziły tu szkołę z internatem dla dziewcząt (także sierociniec). Klasztor posiada własną farmę, prowadzi warsztaty rzemieślnicze, maluje się tu ikony. W czasie mojej wizyty kościół przechodził renowację wnętrz i dostęp do niego był utrudniony.

Leżące nieopodal miasto Signagi jest „młode” jak na standardy gruzińskie – w dokumentacji historycznej pojawiło się dopiero w XVIII w., kiedy to zdecydowano się tu wybudować fortecę obronną. Mury miejskie częściowo zachowały się do dziś, pierwotnie obejmowały obszar 40 akrów i bronione były 23 wieżami obronnymi. Miasto miało też 6 bram wjazdowych. Szybko jednak straciło na znaczeniu, ale w ostatnich latach objęto je programem gruntownej restauracji, co spowodowało gwałtowny wzrost ruchu turystycznego. Dziś Signagi, nie posiadające długiej historii i wielu zabytków, uznawane jest za perełkę turystyczną wschodniej Gruzji. Przylgnęło też do niego sformułowanie „miasto zakochanych”, ale nie mam pojęcia dlaczego.

Na niektóre z dawnych wież obronnych, stanowiących część murów miejskich, można dziś wejść. Najciekawsza jest ta, wewnątrz której znajduje się maleńki kościółek św.Stefana, wybudowany jednocześnie z twierdzą, w 1762 r. A sama wieża jest świetnym punktem widokowym na miasto i jego najbliższe okolice. Innym zabytkiem jest drugi z prawosławnych kościołów w mieście, kościół św.Jerzego, pochodzący z XIX w. Z drogi dojazdowej jest świetny widok na panoramę miasta, położonego na sporym wzgórzu.

A po Signagi warto się tak po prostu przespacerować. Wąskie brukowane uliczki, odnowiona architektura i spokój oraz cisza. Centralną częścią jest plac z ratuszem miejskim, a sąsiadującym z nim małym parku znajdziecie okazały mur, upamiętniający ofiary II wojny światowej, powstały jeszcze w czasach sowieckich. A mieszkańcy będą Was zapraszać do swoich domów na nocleg (większość z nich żyje z turystyki) lub do zakupu domowego wina lub czaczy. Z tej drugiej propozycji skorzystałem, będzie na pierwszą noc spędzaną w samochodzie jak znalazł 🙂

Ulice Signagi
Ulice Signagi

A jakby ktoś jeszcze nie wiedział, co to czacza, to służę pomocą – to po prostu gruzińska wódka (raczej bimber, w Gruzji wytwarzanie domowego alkoholu nie jest zabronione), wytwarzana z różnych owoców, najczęściej jest to jednak winogrono (często już przetworzone, znaczy są to pozostałości po tym, jak zrobiono z nich wino). Dla zainteresowanych podam ceny: wino 3 GEL / litr, czacza 6 GEL / litr. Oczywiście standardowo sprzedaje się to w czym się da. Wino dostałem więc w plastikowej butelce po jakimś napoju, a czaczę w półlitrowej plastikowej butelce po Sprite 🙂 Czaczę można też w Gruzji kupić w sklepie, ale zdecydowanie polecam „domowe” wyroby. Przed zakupem obowiązkowo trzeba spróbować (sprzedawczyni mocno namawiała), co nie brzmi dobrze w kontekście dalszej jazdy samochodem. Ale choćby usta zamoczyć…

Przy okazji zakupu wina, gospodyni domu, mieszczącego się obok prawosławnej cerkwi, zaproponowała mi jej oglądanie od wewnątrz (chyba musiała mnie wcześniej widzieć, gdy fotografowałem ją z zewnątrz). Okazało się, że ma klucze od świątyni – udało mi się więc zobaczyć wnętrza (swoją drogą niezbyt okazałe) kościoła „na co dzień” zamkniętego.

Przed wyjazdem z Signagi, w ulicznym sklepiku robię zapasy na wieczór. Wszak nocleg mam w samochodzie, a kolacja sama nie przyjdzie. Zaopatrzony w wodę, słodkie napoje, chleb i coś przypominającego parówki, wyjeżdżam z miasta w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Na początek jednak błądzę po mieście w poszukiwaniu wyjazdu w kierunku na Telavi – niestety Google Maps ma chwilę słabości – na tych mapach Signagi w zasadzie nie ma planu, jest wyłącznie nazwą miasta wypisaną na mapie i nie da się wyjechać z miasta, kierując się wskazówkami Google’a. Z pomocą przychodzą miejscowi i wyjeżdżam na drogę, która wkrótce… zamienia się w koszmar kierowcy – jest całkowicie w remoncie na długości chyba kilkunastu kilometrów i jazda nią jest niestety bardzo wolna. Momentami droga wręcz nie nadaje się dla samochodów osobowych, co jednak miejscowym zupełnie nie przeszkadza.

W końcu udaje się dotrzeć do skrzyżowania z „cywilizowaną”, asfaltową drogą główną i rozpoczynam poszukiwania miejsca na inauguracyjny nocleg samochodowy. Złośliwość losu – w odróżnieniu od drogi DO Signagi, która wiodła przez niezamieszkałe rejony, od czasu do czasu przecinając jakąś wieś, droga Z Signagi to niekończące się pasmo kolejnych wsi z zabudowaniami wzdłuż trasy, bez szans na spokojne miejsce gdzie można rozłożyć się z samochodem. Powoli robi się szarówka, a ja zbliżam się do kolejnego punktu zwiedzania (monaster Kvelatsminda w Gurjaani), którego dziś już nie zobaczę, bo jest za późno, a przejechać go i jutro się wracać też słabo.

Koniec końców dojeżdżam do kierunkowskazu prowadzącego do Kvelatsmindy – 2 km w lewo. Mając nadzieję, że monaster stoi na jakimś odludziu, skręcam z zamiarem zanocowania w jego okolicy. Sukces – rzeczywiście monaster Kvelatsminda stoi już za wsią, na szczycie wzgórza, a przed murem klasztoru znajduje się jakby stworzone dla mnie miejsce piknikowe ze stolikiem, ławkami, a nawet pomysłowym hamakiem 🙂 Zostaję.

Gurjaani, pod murami monasteru Kvelatsminda, moje miejsce noclegowe
Gurjaani, pod murami monasteru Kvelatsminda, moje miejsce noclegowe

Ale to nie koniec atrakcji. Jakby nie patrzeć, jestem w dość wysokich górach, za Gurjaani ze szczytu wzgórza mam widok na Kaukaz. A ledwie zdążyłem się rozgościć, nade mną rozpoczyna się piekło: górska burza z piorunami co kilka sekund. Znaczy najpierw pioruny, potem gęsty deszcz, a na deser… grad. I ja w samochodzie, na odsłoniętym szczycie wzgórza, w okolicy kilku drzew… OK, odruch samoobrony – odjeżdżam od drzew. I zostaję. Mam w końcu gruzińskie wino i Kindle’a Paperwhite z podświetleniem – w połączeniu z efektami świetlnymi i dźwiękowymi na zewnątrz auta – nudy nie będzie.

Blisko dwugodzinna gwałtowna burza kończy się koło północy, bez szkody dla samochodu. Znaczy nie trafił go piorun, ani nie zniszczył grad. Czas wypróbować spanie w Nissanie Pathfinderze. I tu kolejny wesoły przerywnik. Ledwo udało mi się zasnąć, obudził mnie klakson obcego samochodu. Patrzę na zegarek – 1 w nocy, otwieram tylną szybę klapy bagażnika (Pathfinder ma rewelacyjne rozwiązanie w postaci uchylnej szyby tylnej klapy), a tam… radiowóz policyjny 🙂 Ta dam… Chyba ktoś jednak zainteresował się stojącym na odludziu samochodem.

Panowie policjanci, po pokazaniu im gestu znaczącego „ja tu tylko śpię” wykazali rosnącą wesołość i malejące zainteresowanie moją osobą. Na tym wizyta się skończyła – postali jeszcze chwilę w samochodzie, zdaje się sprawdzając legalność mojego auta, ale mnie to już nie interesowało, wróciłem do kimania, które już nie zakłócone, trwało do bladego rana. A rano, o czym będzie już w następnym wpisie, będzie rajd po zabytkowych monasterach gruzińskiej Kachetii.

Pełna galeria zdjęć z monasteru Dawid Garedża oraz miasta Signagi znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

Jak bardzo przydatny jest dla Ciebie ten artykuł?

Kliknij na odpowiednią gwiazdkę i oceń treść

Ten artykuł nie był jeszcze oceniany. Oceń jako pierwszy!

Jeśli nasz artykuł jest dla Ciebie przydatny...

podziel się nim ze znajomymi 🙂

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o