Jedziemy do Irlandii. W 36 godzin. Nonstop.

To był nasz pierwszy rodzinny, „samochodowy”, daleki wyjazd. Stąd i planowanie było jakieś takie… „pierwsze” 🙂 2000 km zaplanowane jako jazda non-stop nie okazało się dobrym pomysłem.

0

To był nasz pierwszy rodzinny, „samochodowy”, daleki wyjazd. Stąd i planowanie było jakieś takie… „pierwsze” 🙂 2000 km zaplanowane jako jazda non-stop nie okazało się dobrym pomysłem.

Terminarz godzinowy wyprawy zdeterminowany był promem Calais – Dover, który mieliśmy ok.23-ciej i na który musieliśmy zdążyć. Pakowanie załatwiliśmy więc dnia poprzedzającego wyjazd. Wyjazd zaplanowany był na 2 tygodnie, samochód został więc przez nas szczelnie wypełniony bagażami (w końcu jest nas piątka) oraz rzeczami przewożonymi dla naszych gospodarzy w Irlandii, przesyłek od rodziny i standardowego wyposażenia Polaka, jadącego na wyspy, czyli papierosów, kartonu 24 piw i nieco cięższego alkoholu. Ten „standardowy” zestaw Polaka był powodem naszej przygody z angielskimi celnikami, ale o tym potem.

Start, zaplanowany na godz. 6-tą rano… nie odbył się. Tzn. odbył się, ale z opóźnieniem, bo w samochodzie złośliwie zaszwankowała żarówka świateł mijania, już przy wyjeździe. Zamiast więc startu odbył się krótki wypad na stację benzynową oraz nauka wymontowania starej i montażu nowej żarówki – odbywana z instrukcją obsługi samochodu w ręce (bo to była pierwsza tego typu awaria w naszym samochodzie, w którym wymiana żarówki wiąże się z koniecznością wyjęcia całego przedniego reflektora). Przygody zaczęły się więc już na parkingu osiedlowym.


Wyświetl większą mapę

Cała droga z Poznania do Calais jest banalnie prosta. W zasadzie jedynie odcinek Nowy Tomyśl – Swiecko (nieco ponad 100 km) musieliśmy pokonać standardową polską drogą (w 2008 roku nie było jeszcze dzisiejszego odcinka autotstrady A2). Początkowy odcinek (Poznań – Nowy Tomyśl) oraz całą resztę trasy od granicy niemieckiej do promu we francuskim Calais odbyliśmy autostradami, co ma swoje niezaprzeczalne plusy (szybkość i wygoda) oraz minusy (nuda).

W zasadzie cała trasa do Calais nie zawierała nic szczególnie ciekawego. Poza oczywiście naszymi dziećmi, które po kilku godzinach siedzenia w samochodzie rozpoczęły standardowe szaleństwa, momentami roznosząc pojazd 🙂 Ale to stały element długiego podróżowania z dziećmi (najmłodsza dwójka miała w czasie podróży 4 i 2 lata). Obiad zjedliśmy gdzieś na niemieckiej autostradzie, już wtedy poznając „uroki” niemieckich jadłodajni turystycznych, do których chyba do dziś nie zdołaliśmy przywyknąć. Zapamiętaliśmy hordy niemieckich celników, czatujących na busy z rejestracjami nadbałtyckimi (Litwa, Lotwa) i kontrole tychże busów na każdym w zasadzie parkingu. Granicy pomiędzy Belgią a Holandią wogóle nie zauważyliśmy.

Na promie Calais – Dover

Do Calais dotarliśmy, pomimo startowego opóźnienia, ze sporym wyprzedzeniem w stosunku do godziny wykupionego promu na stronę angielską. Ku naszemu zaskoczeniu (ale takiemu pozytywnemu), miły pan obsługujący stanowisko biletowe w porcie promowym, zaoferował nam przebukowanie biletów na prom wcześniejszy, dzięki czemu nie czekaliśmy prawie 3 godziny. Zapamiętałem także jego wdzięczne „dzień dobry” i „do widzenia” – znak, że Polacy są tu raczej dość powszechną nacją.

Podróż promem do Dover nie zawierała w sobie (szczególnie, że była to podróż nocna, czyli bez żadnej widoczności tego, co na zewnątrz) niczego szczególnego. Choć nowością było dla nas wszystko, od załadunku samochodu na prom, po całą organizację aż do zwiedzania promu w czasie rejsu. Nowe miało się zacząć po zakończeniu rejsu – szczególnie dla kierowcy – wszak od Dover pojedziemy już lewą stroną…

Na promie Calais - Dover
Na promie Calais – Dover

Ale życie, jak to często bywa, postanowiło urozmaicić nam podróż i niespodzianki zaczęły się nieco wcześniej 🙂 Zaraz po zjeździe z promu, kawalkada samochodów musiała w porcie przejechać przez szpaler angielskich celników, których interesowały wyłącznie… tablice rejestracyjne aut. Klucz tego zainteresowania okazał się prosty – za każdym razem, gdy do celnika zbliżał się samochód z polskimi tablicami, był on kierowany w bok, do specjalnego hangaru. Tą ścieżką zostaliśmy skierowani także i my. I zaczęła się jazda…

Jak każdy polski (i tylko polski – żadna inna nacja celników nie interesowała) samochód, zostaliśmy wytypowani do hiper-szczegółowej kontroli celnej. W okolicach północy kazano nam obudzić, ubrać i wyprowadzić z samochodu wszystkie, nawet te najmłodsze dzieci. Jak się potem okazało, przez trwającą blisko półtorej godziny kontrol, dzieci musiały w nocy stać w zimnym hangarze, czekając na jej zakończenie. Nakazano nam wypakować, załadowany pod sufit, samochód – wszystkie bagaże, torby, plecaki, kartony, pakowane z pietyzmem przez cały poprzedni dzień, skończyły na betonowej posadzce w hangarze. Przy okazji każdej z nich zostaliśmy wypytani, co zawierają. Po czym wszystkie… pojechały na stojącą w rogu taśmę transportową do skanera zawartości. Wszystkie nasze bagaże zostały prześwietlone, po czym otwarte i sprawdzone „ręcznie” przez celników. W tzw. „międzyczasie” jeden z nich opukał nam cały samochód, ze szczególnym uwzględnieniem nadkoli, grzecznie tłumacząc, że szuka papierosów. Trzeba przyznać, że pomimo potraktowania nas „z klucza” (Polak = przemytnik), starali się być w miarę mili, momentami nawet usiłowali troszkę pokonwersować. Aczkolwiek niewiele to zmieniło w naszych odczuciach, że zostaliśmy potraktowani jak szmuglerzy tylko ze względu na narodowość polską. Na koniec zostaliśmy poinformowani, że… możemy sie spowrotem spakować i w tym momencie zainteresowanie celników naszym pojazdem się zakończyło.

Pakowanie zajęło nam trochę, choć ze względu na środek nocy nie staraliśmy się już tak dokładnie wszystkiego układać w bagażniku. W każdym razie zmieściło się 🙂 Wyjeżdżamy z oświetlonego hangaru w ciemną angielską noc i… kolejna niespodzianka – tuż za wyjazdem stoi angielski policyjny radiowóz, którego kierowca i pasażer bardzo intensywnie się nam przyglądają. Szybka myśl: aha, będzie następna kontrol ? Na szczęście okazuje się, że zainteresowanie policjantów wynika z tego, że jedziemy na zgaszonych światłach 🙂 które z emocji związanych z celnikami zapomniałem włączyć. Policjanci mrugają do nas światłami, a gdy my zapalamy swoje, z gracją odjeżdżając, także przestając się nami interesować. Tak to Dover i Anglia przywitały nas mile i gościnnie podczas naszego pierwszego do nich wjazdu.

krajobrazy Walii

Teraz rozpoczęła się milsza część przejazdu przez Anglię, a potem Walię, do Holyhead, gdzie oczekiwał na nas kolejny prom – do Dublina. Milsza, bo nie związana z żadnymi szykanami ze strony autochtonów. Szybki wyjazd z portu na angielską autostradę i równie szybki… kurs jazdy lewą stroną jezdni 🙂 Na szczęście i to, że była to szeroka angielska autostrada (tylko Polacy potrafią nazwać coś dwupasmowego autostradą), i to, że był to środek nocy, spowodowało, że było w miarę pusto (choć z racji bliskości portu na drodze mknęło sporo TIRów) i przystosowanie się do ruchu lewostronnego poszło mi bardzo bezboleśnie.

Po objechaniu Londynu autostradową obwodnicą niestety minęły emocje i nastąpiło „zmęczenie materiału” u kierowcy 🙂 Postanowiliśmy się zatrzymać na jednym z autostradowych Service Pointów ok.4-tej rano, po 21 godzinach nieprzerwanej (poza paroma postojami i obiadem) podróży. Miejsce to zawierało m.in samoobsługowy bar, połączony ze sklepem spożywczym, w którym o tej porze nie było absolutnie nikogo (poza kobietą z obsługi). I tu zdarzyło się nam coś, czego nie udało nam się (na szczęście) w naszych kolejnych podróżach powtórzyć 🙂 Czego można chcieć w środku nocy po prawie doby podróży, z perspektywą jeszcze kilkunastu godzin jazdy ? Kawy oczywiście. Bar samoobsługowy, nalewam więc z ekspresu kawy, słodzę i podchodzę do kasy… Wyciągam portfel i w tym momencie dociera do mnie, że… jestem w Anglii, a kompletnie nie mam przy sobie funtów, tylko euro. Planując podróż absolutnie nie pomyśleliśmy, że Anglicy nie używają euro! A nalanej z ekspresu kawy nie da się „odłożyć” spowrotem 🙂 Próba zapłacenia w euro zakończyła się kiwaniem głową z politowaniem u kasjerki i krótkim „Go…” – kawa została mi sprezentowana, ale chyba przy okazji zostałem uznany za niepełnosprawnego… umysłowo.

Klątwa kasjerki chyba podziałała, bo darowana mi kawa nie przyniosła spodziewanego efektu i zostaliśmy na parkingu na całe dwie godziny, które wszyscy poświęciliśmy na krótki sen. W drogę ruszyliśmy ok.6-tej rano. Po drodze, na objazdówce dookoła Birmingham, widziałem chyba najdłuższy korek autostradowy w życiu, na szczęście w przeciwnym kierunku do naszego.

krajobrazy Walii

Dalej rozpoczęła się najfajniejsza część naszej podróży: Walia. To chyba tu zaczęło się nasze zamiłowanie do gór i podróżowania przez nie, do chłonięcia górskich krajobrazów. Kto widział, ten wie: wąskie, kręte drogi (jechane lewą stroną :-)), malownicze małe miasteczka, prześwietne widoki, kamienne murki. Rewelacja. Żałowaliśmy bardzo, że jesteśmy tam jedynie przejazdem i śpieszy nam się na prom. Ale i tak w miarę możliwości zatrzymywaliśmy się co kawałek, by nacieszyć oczy widokami.

Zapamiętaliśmy także sam wjazd z powrotem nad morze, do Holyhead i widoki stamtąd się rozciągające. Oraz całe mnóstwo samolotów w powietrzu, podobno jest tam w okolicy spora baza RAF-u. Drugi w podróży prom nie był już tam bardzo emocjonujący, choć był dużo większy od tego z kanału La Manche, z dużo większą liczbą atrakcji (m.in. plac zabaw dla dzieci), no i sama podróż odbywała się w dzień, można więc było podziwiać także widoki na zewnątrz. Rejs do Dublina trwał 3 godziny.

Wyjazd z promu w Dublinie powitał nas znajomo: kawalkada samochodów, szpaler celników, spoglądanie na tablice rejestracyjne… Polacy ? Na boczek. Pani celnik standardowo każe otwierać bagażnik – można się załamać. Będzie powtórka z nocnej kontroli ? Na szczęście celniczka na widok zapakowanego pod sufit bagażnika w S-Maxie lituje się i każe zamknąć i jechać dalej 🙂 Irlandia wita nas dużo przyjemniej 🙂

port promowy w Holyhead

Do Carlow, celu naszej podróży, docieramy ok. godz. 20-tej, po 36 godzinach jazdy z 2-godzinną drzemką po drodze. Jeszcze tylko się rozpakować i można… zacząć imprezować z rodziną ! 🙂

Małą galerię zdjęć z podróży znajdziecie tutaj.

Jak bardzo przydatny jest dla Ciebie ten artykuł?

Kliknij na odpowiednią gwiazdkę i oceń treść

Dotychczasowa średnia ocena / 5. Ilość opinii:

Jeśli nasz artykuł jest dla Ciebie przydatny...

podziel się nim ze znajomymi 🙂

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o